Po pięćdziesiątce zostałam wdową Zwierzenia Danuty, lat 73

Po pięćdziesiątce zostałam wdową Zwierzenia Danuty, lat 73
Danuta Gościńska

Przez trzydzieści pięć lat byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Wyszłam za mąż bardzo młodo – miałam zaledwie osiemnaście lat. Zdzisław był ode mnie starszy o dwa lata i znacznie poważniejszy. Ja byłam pełna energii, spontaniczności i uśmiechu, on wnosił do naszego życia rozwagę i poczucie bezpieczeństwa. Doskonale się uzupełnialiśmy.

Nigdy nie miałam głowy do rachunków czy terminów. Wszystkim zajmował się mąż. Za to ja dbałam o rodzinne ciepło. Organizowałam święta, spotkania z przyjaciółmi, letnie ogniska na działce i sprawiałam, że w naszym domu zawsze było gwarno i radośnie. Razem budowaliśmy nasze życie. Nie mieliśmy niczego na start. Wszystkiego dorabialiśmy się ciężką pracą. Najpierw było niewielkie mieszkanie, potem wymarzone M-4. Na działce postawiliśmy garaż i rozpoczęliśmy budowę małego domu, który miał być naszym miejscem na spokojną emeryturę.

Gdy zakończyłam pracę zawodową, Zdzisław zrobił mi najpiękniejszy prezent. Urządził niewielką pracownię malarską z moimi ślubnymi meblami. Wiedział, że od zawsze marzyłam o malowaniu, ale przez lata brakowało na to czasu.

– Wreszcie będziemy mieli swój mały biały domek. Będziemy żyć spokojnie i cieszyć się każdym dniem – mówił z uśmiechem.
Wierzyliśmy, że najlepsze lata dopiero przed nami. Los odebrał mi męża. Niestety nasze marzenia trwały bardzo krótko. Kilka miesięcy później Zdzisław zasłabł podczas wyjazdu z kolegami na polowanie. Rozpoczęła się seria badań. Diagnoza była bezlitosna – ciężka choroba serca. Mąż przez lata nie dbał o siebie. Nie chodził do lekarza, nie wykonywał badań profilaktycznych. Zawsze powtarzał, że nic mu nie dolega.
Pamiętam słowa lekarza: – Jest bardzo poważnie, ale to jeszcze nie wyrok. Zrobimy wszystko, co możliwe.
Chwytałam się każdej nadziei. Niestety leczenie nie przyniosło efektów.
Pewnego dnia Zdzisław zasłabł w pracy. Już nigdy się nie obudził.
Miałam zaledwie pięćdziesiąt pięć lat. Zostałam wdową. Najtrudniejsze były wieczory.
Nie umiałam pogodzić się z jego odejściem. Wszystko przypominało mi męża – jego kubek, fotel, zapach koszuli, niedokończone plany. Mieliśmy przecież razem przeżyć emeryturę.
Chcieliśmy podróżować, odpoczywać w naszym domku, cieszyć się wnukiem i patrzeć, jak dorastają dzieci. Zostałam z tym wszystkim sama. Były dni, kiedy nie chciało mi się wstawać z łóżka. Ratowało mnie tylko malowanie. Sen, który wszystko zmienił.
Pewnej nocy przyśnił mi się Zdzisław. Stał przede mną uśmiechnięty.
– Spełniaj nasze marzenia. Nie poddawaj się. Żyj dalej również za mnie.
Obudziłam się o świcie. Patrzyłam przez okno na pierwsze promienie słońca i zrozumiałam, że muszę spróbować wrócić do życia. Nie dla siebie. Dla nas obojga. Dałam sobie jeszcze jedną szansę.
Zaczęłam spotykać się z dawnymi znajomymi. Jedna z moich przyjaciółek również została wdową. To właśnie ona namówiła mnie, żebym zajrzała do ogłoszeń matrymonialnych.
Początkowo wydawało mi się to śmieszne. Ale pomyślałam: – Mam dopiero pięćdziesiąt osiem lat. Może życie jeszcze mnie czymś zaskoczy.
Wśród wielu ogłoszeń znalazłam jedno. Napisał je wdowiec, kierowca z miejscowości oddalonej zaledwie o kilkanaście kilometrów od mojego domu.
Spotkaliśmy się w restauracji „Markiza”. Mieliśmy wypić jedną kawę.
Skończyło się na dwóch kawach, lodach i kilku godzinach rozmowy.
Nie zauważyliśmy nawet, kiedy zrobiło się późno. Kilka dni później przyjechał do mnie z bukietem czerwonych róż. I już został. Los po raz drugi wystawił mnie na próbę.
Przez pięć lat byliśmy razem. Nie zastąpił mojego męża.
Ale podarował mi uśmiech, spokój i poczucie, że warto jeszcze otworzyć serce.
Uwielbiał wędkować. Często jeździliśmy razem nad jezioro. Pewnego dnia siedzieliśmy na pomoście, łowiąc ryby. Nagle źle się poczuł. Miał wszczepiony rozrusznik serca, ale tym razem nie zdołał mu pomóc. Odszedł tam, gdzie czuł się najszczęśliwszy – nad wodą, pośród ciszy i swoich ukochanych ryb.
Po raz drugi zostałam sama. Dziś już nie szukam miłości. Mam siedemdziesiąt trzy lata. Nie szukam już szczęścia u boku drugiego człowieka. Moim światem stały się farby, pędzle i płótna.
Każdy obraz opowiada kawałek mojego życia. Jest w nich miłość, której doświadczyłam.
Jest tęsknota za tymi, których już nie ma. Jest wdzięczność za wspólnie przeżyte lata.
Dziś wiem, że człowiek może stracić bardzo wiele, a mimo to nadal odnajdywać sens życia.
Ja odnalazłam go w malowaniu. Bo choć los odebrał mi dwóch ukochanych mężczyzn, pozostawił coś bezcennego – wspomnienia, których nikt nigdy mi nie odbierze.

Danuta, lat 73