Zygmunt Jan Prusiński

Zygmunt Jan Prusiński

Tworzy jako animator kultury i działacz społeczny w polityce w Polsce i na Emigracji:

1967 – 1970 założyciel zespołu muzycznego „Chłopcy z Przedmieścia” w Otwocku;
1979 – 1981 przewodniczący Klubu Młodych Pisarzy przy ZLP w Słupsku;
1982 – 1985 kolporter pism emigracyjnych w Wiedniu;
1987 wydał dwa zeszyty literackie – wiersze pt. „Słowo” i „Oaza Polska” w Monachium wydawnictwo: Niezależny Związek Pisarzy Polskich „Feniks”;
1988 – 1990 wiedeński korespondent „Orła Białego” w Londynie;
1990 – 1994 założyciel i przewodniczący Korespondencyjnego Klubu Pisarzy Polskich „Metafora” i Polskiego Centrum Haiku,
a także pomysłodawca „Wiedeńskiej Nagrody Literackiej im. Marka Hłaski” oparty z plonu konkursu na prozę i poezję – zorganizował dwie edycje konkursu literackiego w Wiedniu;
1997 – 1998 członek Ruchu Odbudowy Polski – przewodniczący Komisji Rewizyjnej ROP w Słupsku;
1998 – 1999 korespondent radia City w Słupsku;
1999 – 2003 założyciel i przewodniczący Polskiej Partii Biednych na Pomorzu;
1999 – 2003 założyciel i sędzia Słupskiego Sądu Społecznego w Słupsku;
2000 – 2009 założyciel i prezes Stowarzyszenia „Biały Blues Poezji” w Ustce;
2001 – 2009 założyciel środowiska literackiego w Starostwie Powiatowym w Słupsku;
2001 wydał tomik wierszy pt. „W krainie żebraków słyszę bluesa” – ZLP Słupsk;
2004 – 2005 korespondent radia „Supermova” w Londynie;
2005 – 2007 redaktor gazety internetowej „Karuzela Polska”;
2005 – 2009 korespondent międzynarodowej gazety „Afery Prawa a Bezprawie” w Irlandii z siedzibą w Sanoku.

Moje wiersze

 

Naprawa świata
Karol Zieliński

Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

16.01.2011 18:37

Jeśli naprawa butów wynosi (w Ustce) 50 złotych za przyklejenie starego obcasa, to ileż musi ludzkość kosztować naprawa świata w ramach Umowy z Kioto? A jedno z drugim jest ściśle połączone jak wody światowego oceanu z wodą w spłuczce do Pańskiej muszli klozetowej na piątym pietrze. Niech Pan pomyśli, jaka różnica poziomów, a naczynia są mimo to połączone (paradoksalnie na tym samym poziomie) i woda płynie w obie strony. Szewc odrywając za 2 zł. obcasa od Pańskiego buta odłączyłby się od układu naczyń połączonych (w którym poziom wody “zielonej wody” nieustannie rośnie) i w tym miejscu zrobiłaby się dziura debetu, przez którą wyrwałoby szewca wraz z jego długami do kanału. Pamiętajmy, że poziom w tych naczyniach połączonych jest jednakowy, chociaż w poszczególnych punktach retencyjnych (takich jak fabryka samochodów, przetwórnie krochmalu, fotograf z Ustki, szewc z Ustki i ceny w Pańskim sklepiku) są jednak odpowiednio wyżej (chociaż paradoksalnie na tym samym poziomie) żeby obieg mógł funkcjonować. Obieg zielonej wody w tym systemie naczyń połączonych symbolizuje ruch koniunktury gospodarczej. Gdyby woda stała w miejscu, w koniunkturze byłby zastój i zupełny kryzys, w którym nikomu nic by się nie opłaciło robić. A szewc na pewno za darmo nie oderwie obcasa. Szewc musi brać tyle ile bierze, bo musi, biorąc udział w grze gospodarczej – (niech Pan zauważy, że jego życie nie nazywam życiem a “grą gospodarczą”) zarobić tyle, uzupełnić straty w poziomie wód światowych (zielonej wody), którą pobrał do uzupełnienia swego zbiornika. A teraz oddając zieloną wodę do swego zbiornika systemem rurek połączonych uzupełnia tym samym poziom w rezerwuarze światowym, do poprzedniego poziomu, a nawet podnosząc go coraz wyżej. To podnoszenie coraz wyżej poziomu światowego zasobów finansowych jest konieczne, bowiem zależy od ciśnienia barometrycznego, od którego z kolei zależy wydajność pompy pompującej “ciecz” coraz i wyżej, a jak wiadomo istnieje granica możliwości wytłoczenia słupa cieczy w zależności od ciśnienia atmosferycznego.

Tymczasem ciśnienie raz spada a raz wzrasta stwarzając skomplikowaną grę współzależności między poziomem “zielonych wód” a ciśnieniem powietrza ludzkich namiętności, działań, wytwórczości, złości, przebiegłości itd. Ludzie zamieszkują coraz wyżej, przemieszczają się coraz dalej i coraz szybciej, klną coraz wymyślniej, kopulują coraz bezwstydniej, zabijają coraz otwarciej, temperatura złości wzrasta a wszystkie molekuły drgają ze zbrodniczych emocji. Czy Pan zauważył, z jaką wściekłą złością szewc odrywał obcasy od Pańskich butów? Otóż to. Robił tak, biedak, bo musiał prędko uzupełnić swój mały rezerwualik zielonej wody, połączony w wielkim oceanem światowych wód. Od tego obowiązku i tej przykrej roboty nie są również zwolnieni Mellonowie i Morganowie. Można nawet powiedzieć, że są niewolnikami tej ohydnej roboty. A ileż Morgan może z tych pieniędzy przejeść mając chorą trzustkę z rakiem wątroby? Co go tam kosztuje mleko na owsiance? Za przeproszeniem nawet
zadupczyć sobie nie potrafi. I to jest wspólny, nasz biedaków, takich jak Pan i ja i bogaczy takich jak Morgan, pieski los.

Wie Pan, pozwoliłem sobie na taki wywód, bo wydaje mi się trafny do opisu, czym są w ekonomii Prawa Naturalne. Prawa te, działają w sposób nieubłagany zarówno na Morgana jak i na nas. Winowajcami nazwałbym tych facetów, którzy nie sieją ani orzą a jeżdżą autami za sto tysięcy i noszą na ręce zegarek za 20 tysięcy. Co zaś do żydów, to nie wszyscy są bogaci i żydzi jeżdżą autami za sto tysięcy. Są między nimi i ofermy jadający zupki w przytułkach dla bezdomnych. Mają tylko tyle szczęścia, że bogaci ziomale mogą ich wspomóc. Albo i nie.

Ja uważam, że sprawa naprawy świata jest przegrana. Świat również nie będzie zbawiony w czasie jakiejś Paruzji ani jehowowskiego Armagedonu. To trzeba włożyć między bajki! Religia nie prowadzi do oświecenia ani uszlachetnienia człowieka – żeby szewc mógł za oderwanie obcasa wziąć 2 złote, (byłby szlachetny do 5 złotych). Nie radzę też uszlachetniać gminnych urzędników z Ustki, bo dorobią Panu opinię wariata. A już prezydent najjaśniejszej RP najmniej może. On już nic nie może. On może się tylko uśmiechać do swoich uśmiechaczy. Oni wszyscy pracują dzień i noc nad dopychaniem zielonej wody do swoich rezerwuarków, żeby uzupełnić zieloną wodę a nawet podnieść jej poziom w światowym rezerwuarze (do poziomu odpowiedniego do naszych wymagań, gustów i współczesnej świadomości). To jest ich rezerwuar sensu życia i zbawienia.

Poważnie mówiąc, jeszcze raz powtórzę, że nie widzę na tym poziomie możliwości polepszenia naszego codziennego losu. Zbyt mało jest ludzi, którzy mogą zrozumieć to czego również nie rozumiał Platon wybierając się do tyrana Syrakuz, żeby wprowadzić mu w państwie idealny system. Skończyło się na tym, że został przez tyrana uwięziony i sprzedany w niewolę, z której wykupiły go jakieś litościwe kurtyzany. A propos, mógłby Pan skrobnąć poemat na cześć tych bogobojnych kobiet, które zamiast uzupełniać światowy rezerwuar zielonej wody, nawet go uszczupliły.

I MOŻE W TYM NAPRAWIANIU ŚWIATA O TO CHODZI? ŻEBY KURWY GO NAPRAWIAŁY!

Zygmunt Jan Prusiński “Bajki erotyczne”

Żyję z akcentami ciszy, ale trochę dalej
Margot Bene

Recenzja

To tytuł rozdziału autora, ale tylko jego pierwsza część: “Żyję z akcentami ciszy”. Pozwoliłam sobie dodać, jako recenzentka drugą część, i uważam że nic nie zepsułam…

Zaglądam i czytam zamieszczonych dziesięć wierszy Zygmunta Jana Prusińskiego, w antologii poezji pt. „Może otulę jesień”, wydaną przez Starostwo Powiatowe w Słupsku. Wstęp, wybór i opracowanie: Zbigniew Babiarz-Zych i Mirosław Kościeński; zdjęcia: Jan Maziejuk; projekt okładki, skanowanie zdjęć, skład komputerowy i łamanie: Artur Wróblewski; druk: Drukarnia „Grawipol”. Wydanie I, nakład 400 egz.

I oto mamy następne wydanie, jakże ważne. Takie przedsięwzięcie jest do pochwalenia. Widać że w Starostwie Powiatowym pracują ludzie, dla których kultura, dla których literatura, dla których poezja jest też ważnym czynnikiem społecznym, regionalnym, i wreszcie pokazowym, że nie wszystko jest stracone, na tak zwanym (kapitalistycznym rynku)! A jednak można dokonać, zrealizować, jak się chce. Brawo.

Przejdę od razu do omówienia mojego ulubionego poety, no bo tak jest, i proszę mi wybaczyć, że z pięćdziesięciu autorów w tej antologii, wybrałam sobie poezję Prusińskiego. Poeta od razu w pierwszym wierszu „Wstęga nieba na czarnej drodze”, zaprasza do skupienia:

“Czy słyszysz, czy słyszysz
dzwonki konwalii przekazują ci sygnał”

Autor tej myśli od razu wprowadza do zastanowienia: Nie wdawaj się w kruchą dyskusję – i to musi wystarczyć dla przechodnia, że pustka gadka nic nie daje. Prusiński dobrze zatoczył koło i długą przeszedł drogę, by nie wiedzieć o tym, że w kraju Słowian, nawet gadka tak naprawdę nie wychodzi… Poeta zaraz wyjaśnia:

“To nic nie da – tylko puenta
krzywa zaprowadzi cię
nad rzekę płaczu…”

Czy nie przeżywamy czegoś podobnego, idąc samotnie brzegami rzek, szukając odpowiedzi, tych rzeczy przegranych, tych niespełnionych z okresu dzieciństwa, z okresu młodości. Co dokonaliśmy w dorosłym życiu? Może wiele sukcesów osiągnęlibyśmy, gdyby nie ten (diabelny smok polityczny) w Polsce, który zniszczył nasze życie. Wystarczy dziś wyjść na ulicę i popatrzeć na twarze ludzi. Twarze zamknięte, opuszczone przez uśmiech i szczęście. A tych (w pierścieniu radości) jest tak mało.

Poeta Prusiński w wierszu „Wysuszone obrazy miast” podpiera się myślą Tomasza Jastruna: „Upadek sąsiedzkiej solidarności w miastach to wielka klęska naszej cywilizacji” – więc pisze, chyba pewny tego: “wykrusza się moja cywilizacja”… I zapytuje samego siebie:

“I jak tu żyć solidarnie, z różą,
z pieśnią, z wierszem o miłości?”

Puenta wiersza jest zrozumiała:

“Rozkradamy codziennie po kawałku
własne życie ubogie, tanie
jak ulęgałki ze spadu…”

Ale i tak poeta chce rozmawiać ze światem zewnętrznym. W wierszu „Chcę mówić do miasta”, pisze:

“Chcę mówić do miasta
do każdego ukrytego kąta
życia i kurzu –
czasem do wystającej ręki
w jałmużnie,
czy do leżącego piórka na ziemi (…)

Chciałbym mówić
do ogrodów z kamienia,
do ulic rozpędzonych,
do dżdżownic na jezdni (…)
do urwanych ech nadziej”

Występuje tu cała panorama skupisk żywych instynktów – nawet „ogród z kamienia” może mieć piękno ukrytego serca, poeta zauważa tylko upadki, jakby te losy przegranych są ważniejsze aniżeli wspomniany uśmiech i szczęście gdzieś ukryte… Dlaczego tak się dzieje? Czemu autor tych wierszy nie idzie tam, gdzie ta radość tańczy; przecież nie wszyscy muszą być takimi wyczuwalnymi odbiorcami. Upij się poeto, upij się poeto i pisz nam tylko wesołe wiersze, jak zażądał od Prusińskiego sam redaktor tej antologii Zbigniew Babiarz-Zych.

Podobno Prusiński odpowiedział, (że nie interesuje go sztuczny walor pisania, pod publiczkę nie umie tym bardziej. Nie umie przebrać innej skóry jaką ma własną. Toż chce pisać tylko prawdę, a gdzie jest prawda? W ludziach przegranych. W ludziach ubogich. W ludziach chorych. W ludziach starych. – Niech piekło brzmi swoją tonacją, swoim tonem, a ja będę tam gdzie ludzie pragną czystości, choć są słabi); tak mówi poeta z Pomorza.

Zygmunt Jan Prusiński to dobry obserwator, nie da się oszukać. Nie interesują go improwizacje i zastępcze zasłony. W wierszu „Słupsk w kadrze pesymisty” pisze:

“Słupsk jest blady,
patrzy zezem na dziurawe ulice.
Podwórka wstydliwe
by wyjść na zewnątrz
z flagą radości.”

Miasto zaniedbane, przez okres PRL i przez okres III RP. Prusiński śmiało rzecze, (że gdyby był gospodarzem do dzisiaj cywilizator z Niemiec, to te komunalne podwórka nie wstydziłyby się tych ubogich zaniedbań, nie mówiąc o budynkach. Co znaczy to cholerne wschodnie myślenie. Pieniądze gdzieś upływały – to znamy – korupcja goni korupcję., a dziś chcemy gonić „króliczka”… przepraszam, świat zachodniego uporządkowania?!)

Świetny jest wiersz „Nie jesteście winni wy, ale i tak jesteście straceni”, ze wstępem: „Każe pokolenie musi oddać ofiarę, ofiarę czystą, nawet w pokoju”. Oto fragment:

“To nic nie szkodzi że się starzejemy,
że pamięć ucieka od naszych oczu
w kierunku rozdrapanych ran na korze,
wszystko co stare jest nam bliskie;
próchno pnia, krzywy płot pilnujący
jabłonie powyginane, tylko zachód słońca
wciąż nas upokarza pięknem…”

Nie zapomina poeta o tej jednak dojrzałości przegranych w swojej poezji przekazać. Sam do nich się zalicza. Nie wstydzi się tego, bo i nie z własnej winy, a dlaczego – jak mówi; (transformacja polska była, ale wyszła innym dobrze, choćby tym, którzy to całe zło budowali przez pół wieku. Uczciwy człowiek ku sukcesom od razu był ścięty z równowagi. Musiał być bardzo elastyczny żeby przetrwać. A jak przetrwać można było, kiedy dramat otwierał samoczynnie okna i drzwi, i od rana straszył.) Oczywiście wiersz „Oda do bezrobotnego” pisze w pierwszej osobie, ale wierzę że myślał także o innych. Oto fragment:

“Zapisuję się wiekuistą abolicją
na czas określony wedle wierzeń kijanek w stawie,
a modły o upadłości odkładam na półkę
zapomnienia i tych książek kilka napisanych
układam w kwadracie mojej powierzchni,
jak zamknięty zwierz w klatce.

Oprócz drzew nie mam nikogo,
by oprzeć się przed upadkiem…”

Element trwania jest w nim, w człowieku. Jednym wystarczy tylko widok drzew – bo dzięki drzewom, on, człowiek, istnieje. Poeta dobitnie dopisuje, (żeby to drzewo było w pobliżu. Tak, bądź drzewo zawsze blisko). To niczym ołtarz z drzewa… Ale poeta widzi jeszcze w nim więcej od nas. My widzimy tylko drzewo, on swoiste tajemnice głębokiego życia. Przecież poeta pisze w wierszu „Skądinąd bywam drapieżny”:

“Spowity z wiersza i z liści paproci
unoszę się skrzydłem motyla,
a jutro skrzydłem orła…
Ta metamorfoza jest czynna
w zamian tylko zapamiętać trzeba,
skąd bierze się życie rzek…”

Wiersz „Cmentarze zapomnianych poetów”, to opis dwóch epok – którą poeta chwali, ale tę wcześniejszą, chodzi o XIX wiek. To był złoty wiek dla poetów. A zaczyna tak:

“Na kamieniach zostały wiersze,
nieco wytarte muzyką słów,
ociera się fala o ich sens”

A kończy też elegancko, malowniczo:

“Ta rzeka słów we mnie płynie,
tyle mam zatoczek ukrytych wierszami.
Tylko noc jest otwarta dla mnie,
jest w nich żołądź, muszelka, kamyk.”

Mirosław Kościeński napisał krótko, ale dobitnie: „Osobnym przypadkiem, ewenementem jest poezja i publicystyka Zygmunta Jana Prusińskiego z Ustki. Jest bardzo płodny w swojej twórczości”. A wspomniany Zbigniew Babiarz-Zych napisał: „Zygmunt J. Prusiński jest jedynym obecnie i najbardziej pracowitym literatem na ziemi słupskiej”.

Dla mnie, czytelnika i krytyka, poezja się liczy. I tu mogłam podziwiać ten warsztat, tę indywidualną swoistą lirykę. Chciałoby się powiedzieć, że Prusiński wie co robić ze słowem. Można dodać, że słowa same do niego sfruwają jak pszczoły do ula. A to jest dużo, to jest doskonały sprawdzian kondycji autora w świecie poetyckim – niby tak subtelnym a jednak, gorzkim i szorstkim. Prusiński bez tej szorstkości i goryczy, chyba nie byłby poetą. Chyba nie.

* * *

– Niech nam pisze, niech pisze dla potomnych, dla literatury polskiej, którą niezmiernie i na pewno wzbogaca swoimi wierszami.

 

Krytyk i poeta
Karol Zieliński

(recenzja o książce pt. „Kobieta białych luster”)

Otóż, poeta Zygmunt Jan Prusiński wcale nie liczy na jakąś miłość, że gdy będzie używał słowa “miłość” to kobieta chętniej itp. Poecie, to pisanie się nadzwyczaj udało. Tyle szczerego, nie wymyślonego, bezpretensjonalnego, powtarzanego od początku świata… banału!

A tymczasem jest to tak świeże i prawdziwe, że tu wcale nie chodzi o jakieś tam zakichane miłości… Ludzie miłości… jakie znamy na co dzień, jakie żeśmy w swym życiu przeżyli, to zdaje się betka… przy smutku, z niemożności osiągnięcia prawdziwej miłości… w świadomości, a raczej w podświadomości Prusińskiego, że miłość to coś horrendalnie absurdalnego. I poeta to wie… i cierpi… jakby cierpienie było sednem miłości.

Poeta Prusiński, jako filozof miłości, wszystko to wie! I te erotyki nie są skierowane do ziemskiej kochanki! Jeśli już to do takiej, która nie istnieje albo już umarła, albo lepiej by było, żeby się nie narodziła, lub przed narodzeniem umarła! Bo któraż to z kobiet potrafi pieścić otwarte serce w wazonie, pana Zygmunta. Ja na nic takiego bym się nie zdobył. U mnie sytuacja metafizyczna przebiega inaczej!

Tymczasem Prusiński, nie! On przeżywa inaczej, „głęboko” po młodopolsku i pisze jak Edward Stachura: “struny gitary leniwe jak nigdy”! – Co za piekło! (Z tym, że u Stachury nie było kobiety!) – Co za boleści i cierpienia! I dalej pisze: “Jednak wiemy oboje, że nasz nurt miłości przetrwa”. Otóż nie przetrwa! Poeta wie o tym, że nie przetrwa.
W każdym wierszu miłość się rodzi i umiera – od nowa! Prusiński to wie i to samo czuł gdy tytułował wiersze: dla Mar, dla Wieśki, Józki, Maryśki. Wszystkie traktując jak markizy! Jak anioły. Jak matki boskie! Z najwyższym szacunkiem i wiedział, że mimo to nic nie przetrwa! Każdy wiersz kończy się w goryczach smutku! On ma w żołądku samą “żołądkową gorzką”! Po ile ona, poeto?

To bardzo piękne i smutne wiersze! I żadne rewelacje! Żadne takie fajerwerki zadziwiających pomysłów, żeby aż zatkało! Tu nic nie “zatyka”, bo tak jak u samego Pana Boga, “wszystko jest spieprzone”! (Przychodzi mi na myśl “Ostatnie tango w Paryżu”). Bo przecież po wszystkich zaglądaniach w serce Prusińskiego w kryształowym wazonie, poeta powinien kochance ulżyć i spędzeniu z jej krwiobiegu w miednicy małej nadmiar napięcia nerwowego z podniecenia (z długotrwałego przekrwienia) od słów: „kocham, całuję pieprzyki między twymi nogami” etc. Od tego kobiecie staje łechtaczka i swędzi!

A tu nasz poeta zamiast doprowadzić ją do orgazmu i uwolnienia od napięcia (biedna kobieta!), “zbliża się do granicy jej kolorów”! Niech go licho!

Jednakże, mimo tego, nasz poeta, nie daje (Sylwii Żwirskiej) żadnej nadziei, w żadnej aluzji, że jednak zrobi coś fizycznie! Tu nie o fizyczne chodzi! Tu chodzi o “usunięcie zwątpienia” z ciała Prusińskiego: “gdy ona wbije się w niego, w jego ciało, ostrzem promienia, jak motyl”.

I tu również nie chodzi o niezdrowe konotacje pod XIX-wiecznej poezji epatującej fizycznymi obrazami seksu… tu chodzi o nadanie sensualnego wyrazu ludzkiemu życiu.

A tego w poezji Prusińskiego brak.
Poeta jeszcze Żwirskiej nie poznał osobiście i fizycznie (nawet w pociągu), a już (do czego ma zresztą – licencja poetica – prawo) akcja poetycka utyka w miejscu, gdzie zwątpienie nie pozwala na dotyk, pocałunek, podniecenie, bo inaczej, po jakiego diabła poeta miałby się zbliżać “do zrozumienia jej kolorów”? Ja to doskonale rozumiem (dlaczego) i mogę na ten temat napisać pięćset stron analizy, ale czy to jest potrzebne (taka gadanina!) zwykłemu zjadaczowi chleba? Pomijając pytanie, czy w ogóle poezja Zygmunta Jana Prusińskiego jest potrzebna zjadaczom polędwicy?

Czytuję różne wiersze, ale dopiero u Prusińskiego trafiłem na ciekawy, współczesny melanż, mianowicie najpierw są słodziutkie porównańka i głupiutkie (czasem) apostrofy, ale po ich złożeniu do kupy, okazuje się, że oglądamy światy przerażające w najczystszej postaci… głupoty, piękna, łatwizny umysłowej i wyświechtanych porównań… za którymi stoi zbrodnia, zdrada, skrobanka, łapówka, oszustwo… i pragnienie zwykłej miłości i ludzkiej bliskości, które jest nieosiągalne i absurdalne w świecie niedorzecznym.

Nawet sam Pan Bóg, mówi Zygmuntowi Prusińskiemu: Przecież wiesz, że twoje żądanie bezinteresownej, czystej, duchowej miłości jest niemożliwe (i niemoralne), ale pisz i łudź się, wpadaj w sen, śnij o kochance o wyższym stanie ducha.

Najpierw seks, później poezja! (Jan Kochanowski by się z tym zgodził). Nie odwrotnie, bo nie rozładowane napięcie stworzy dewiację i dysonans! Tak samo jest w Teodycei u samego Boga. Zgodzi się z tym prof. Kazimierz Jaworski! (Dobrze by było, żeby się poeta na te psychoanalityki do mnie odezwał! W kontekście Jaworskiego również).

Tak czy inaczej (na koniec), jeśli Sylwia Żwirska (piękne polskie nazwisko) – masz dobry gust poeto, pozwolisz, że wykorzystam je w swojej powieści!? Jak i również ją samą i ciebie! (W tej chwili czuje się jakbym brał udział w jakiejś salonowej scenie w “Próchnie” Wacława Berenta) – istnieje naprawdę (co nie jest istotne!), to powinna się czuć zaszczycona, że trafiła na takiego mężczyznę, jak Prusiński (niewidzące, wodniste oczy medium! Somnambulika!), który umieszcza jej nazwisko w swoich fantazmatach (ale nie tylko w “swoich” bo to są również nasze fantazmaty! – wyjaśnię przy okazji!

No, poeto. Jeśli miałbym poszukiwać porównań, a spędziłem wiele lat w bibliotekach i na lekturach naszych (i nie tylko) wielkich poetach, to bym teraz porównał Zygmunta Prusińskiego z Zygmuntem Krasińskim! I idę o zakład, że moje uczone koleżanki profesorki od romantyków, musiałyby ulec powadze argumentów, właściwych tej dziedzinie wiedzy… (Nie zdradzam tu tajemnicy, że w nauce liczy się miła powierzchowność zapewniająca poparcie przy głosowaniach na radach naukowych wydziałów. Facet, który przeleci większość koleżanek ma większe szanse na ustalenie co jest bardziej naukowe a co nie, bo oddane jego urokowi byłe kochanki go poprą).

Myślę tu o bardzo specyficznym i zamkniętym kręgu specjalistów od Juliusza Słowackiego i Krasińskiego. Bo co innego jest go wydać w stu tysiącach egzemplarzy, ale nic sensownego nie móc poza tym o nim powiedzieć Polakom i “Polsce”, np. o figurze „Okopów Trójcy Świętej” lub o ślepocie Orcia.

Specjalnie używam mocnych słów, bo tylko one pozostają jako świadectwo, że kiedyś istniał świat naturalny, w którym jednakże poeta Prusiński usiłował szukać duchowej racjonalizacji.

Niech się teraz “przebudzi” (po raz wtóry i wtóry – jak we śnie w dramacie scenicznym, Calderona de la Barca “Życie snem”) i próbuje opisać miłość kobiety, która urodziła się z probówki…

Kraków. 12.08.2011

 

Recenzja z cyklu Dziewczyna w Berecie

Zygmunt Jan Prusiński

PTAKIEM JEST SIĘ TYLKO RAZ

Motto: “…dlaczego właściwie tak rzadko
odwiedzasz moje sny
jest tam już piekło
bardzo zadowolone.” – DKO

Czytając wiersze Doroty, zaczynam rozumieć, że człowiek rodzi się właśnie po to, żeby przedstawić swój świat i ona to robi nadspodziewanie dobrze. Ma swoją indywidualną poetykę. Dojrzałość polega na kreowaniu niepowtarzalnego stylu i metaforyki. Ta drobna Dziewczyna w Berecie przeszła granicę, za którą twórca może się tytułować: Poeta – Poetka!

Już na początku tomiku – w wierszu “Anabel” – stosuje zabieg autokreacji : ,,…wątpię w oczywistość…”. Jej oczywistość przy boku poezji jest tak jaskrawa, jakby spożywała gwiazdy. I kiedy noc jest bez gwiazd to pamiętajcie, to wina jest Dziewczyny w Berecie.

Poznałem Dorotę Karin osobiście w Ustce. Już na samym oka spojrzeniu wyczułem – tak mówi moja intuicja, że Dziewczyna w Berecie to osoba niebywała, zawsze uśmiechnięta. Przywiozła dla mnie ten tomik wierszy wpisując słowa: “Zygmuntowi na pamiątkę spotkania w Ustce – Dorota Ocińska” – 29.12.2014 r. To takie wydarzenie poskutkowało zawiązaniem się między nami intelektualnej więzi, czego wyrazem jest niniejsza recenzja.

Powiem tak, dobrze się czyta te wiersze, są przejrzyste z dozą filozofii, która jest kontrolowana przez poetkę. Cytat z wiersza ,,Biel”
“…płonę
odpocznę w czarnej sukni
na nieślubie”

Interesujący neologizm i metaforyka niespełnienia, całość jak dotknięcie skrzydeł motyla, lekkie i liryczne, owiane mgiełką tajemnicy.
Oto cytat z wiersza “Błękitna planeta”
“…przed zaśnięciem
z lubością wdycha
aromat kłamstw”

Uwiódł mnie właśnie ten aromat, teraz wiem, że każde kłamstwo ma swój swoisty zapach.

“Czytając Karin” faktycznie zastanawiam się, skąd u Dziewczyny w Berecie tyle inscenizacji. Nie wiem ile ma lat, ale to dojrzała dziewczyna, która jest w środku poezji soczystą brzoskwinią. Nie kokietuje, lecz ostrzega czytelnika:
“…wkraczasz na most
który nie ma pojęcia
co jest po drugiej stronie”.

Wiersz “Demolka” zaliczyłbym do reprezentatywnych w tym tomie. Jest tu wiele metafor i taniec dnia by przeżyć – jak demolka to demolka, więc i ja tańczę.
Wiersz “Do diabła” to uporządkowanie w idealny sposób. Narracja artystyczna. Powinienem go przedstawić w całości. Poetka D. Ocińska pisze do kogoś, nie podaje o kogo chodzi, acz wymaga pewnego dystansu.

“słyszałam że szukasz bratniej duszy
mam chwilkę w czwartek przed południem
ale tak po dziesiątej
lubię pospać
możemy nawet nie rozmawiać
pobyć ze sobą
popatrując zza węgła na grzechy aniołów
rozstaniemy się w przyjaźni
jeśli nie będziesz próbował mnie zmienić
na pożegnanie zacytuj z pamięci to co dla mnie napisał Norwid”

Wiersz “Freeptaki” to perełka a dopiero jestem na stronie 26…

“jedno niebo komu to wystarczy
piekło jedno pozagryzamy się
a przecież są
zielonoocy i orłonosi
co łowią w bezchmurnych niebach
soczyste freeptaki
zraszają wodą z zapomnianego strumienia
szkliste sumikowate ciała
szepcząc
jesteśmy tylko dla ciebie

tu na dnie zagubionych kontynentów
miliony dróg
stos słońc i wór księżyców”

Wiersz “Hiperbole” to jakby modlitwa do swego mężczyzny. Mężowie poetek to szczęściarze – ja nie znam tego smaku.

Poetka ma perłę w naszyjniku, i trzeba jej wierzyć bo pisze prowokacyjnie do Syriusza w wierszu “Notatki z Lesbos 3” tak:
“pobladły z zazdrości Syriusz
łakomie spogląda
marzy by zostać perłą w moim naszyjniku”

Tych pereł powinna mieć więcej, należy się jej – może jako jej krytyk kupię?

Wiersz “Piękno” choć krótki ma wymiar ludzkiej dociekliwości, dlaczego tak bywa że rozmawiamy jednym językiem i nie możemy porozumieć się…

“spakowana walizka
z twoimi rzeczami
jest piękna

piękne są drzwi
schody

ale najpiękniejsza

cisza”

– Jak można świetnie bywać dyrygentem słów i łączyć codzienność, ale niebanalną w poezji. Udaje się to autorce w wielu wierszach które nie można w recenzji pokazać – bo musiałbym prawie przepisać całą książkę. Roznieca ciekawość w wierszu “Proporce”:
“nie pozwolę ciału
skapitulować przed poezją”

Ciało w poezji to zupełnie inne ciało. Jest jakże kwieciste – dla mnie zawsze koloru różowego. Ciało kobiety w poezji to niczym róża…

Wiersz “Rozprawa pojednawcza” – a w nim cudowne piekło. W ogóle Dorota Karin z lubością rozprawia się z tym życiowym dodatkiem do swej codzienności, jakby sama tymi ścieżkami podążała…
“zaczniecie pojutrze
od przedwczoraj
szczebiot wilków koi (…)
będziecie szczęśliwi
trzeba tylko umiejętnie
korzystać ze wspólnego piekła”

Doroto poetko, jakżeż uwiodłaś mnie wierszem “Stroiciel”. To jest brylancik w twojej książce!

“jakaż to radość
z jakim sykiem pękają struny
gdy stroję te przeklęte
wypucowane pianina

słońce jest pięknym złotym puzonem

ma koneksje
ale i do niego się dobiorę

dusze
muszą poczekać
niech sobie jeszcze przez jakiś czas
fałszują”

Ciekawie się dzieje w wierszu “Sześć sekund”. Widać, jak autorka potrafi doszukiwać się współczesnych zjawisk współżycia zbieżnych ze sobą zwątpień. Poetka jest doskonałym obserwatorem rytmu i dźwięku…
“w ciasnych splotach
zabiliśmy
sześć sekund
udusiliśmy wszystkie wahania
te z sensem i te bez sensu
mitologie i religie
walają się po kątach”

W wierszu “Śmiechu warte” kobieta pyta się mężczyzny:
“czemu nigdy nie użyłeś
słonecznych pędzelków
by namalować naszą noc”

– Jak się dobrze czyta z dawką ironii wiersz “Tam”. To jest dopiero szczegół, że Dziewczyna w Berecie jest urodzoną poetką – gwiazdy i diabeł zaszczepili ją do specjalnych zadań. Z przyjemnością jako krytyk lubię tego rodzaju wiersze wzrokiem dotykać…

“gdzie mieszkają
moje zwariowane pomysły
jest mój bóg
podobny do Dionizosa

poznałam jego żonę
Metaforę
i cały orszak
typy spod ciemnej gwiazdy
Ofelie tańczące na rurze

moje zwariowane pomysły
mieszkają na szklanej górze
utrzymują się ze sprzedaży śniegu
i żelaznych postanowień”

Oryginalny jest tytuł wiersza “Telefon do złamanej gałęzi”. Proponowałbym autorce wrócić do tego tytułu i rozwinąć wiersz bo warto, o innej oczywiście treści.
Ach, ta Dorota! Jako Dziewczyna w Berecie, w łódzkiej panoramie, co ona wyprawia pozytywnego – unosi mnie w przestworza poezji – kiedy czytam wiersz “To nie ten”:

“jutro spotkam się z Tuwimem
od trzech dni mam rumieńce
ugrzęzłam po uszy
w jego książkach

a niech go!
ma przepiękną żonę

ten na ławeczce przy Piotrowskiej
to nie jest żaden Tuwim
za smutny

Tuwim
to ten
z którym mam randkę”

Recenzja pisana z doskoku przez styczeń i luty, dokładnie zakończona 14.2.2015 – Ustka

Dorota Ocińska
Urodziła się i mieszka w Łodzi, gdzie zdobyła wykształcenie ekonomiczne na Uniwersytecie Łódzkim. Zadebiutowała wierszami zamieszczonymi w antologii “Wszystkie drogi do jednego serca” (Lubaczów 2013). Kolejnym krokiem było wydanie autorskiego tomiku poezji “Uśpieni” (Łódź 2013). Autorka publikuje na wielu poetyckich portalach internetowych – (między innymi na Salonie Biały Blues Poezji)., pisze także pod pseudonimem artystycznym Dorota Karin.
W kolejnym zbiorze wierszy “Dziewczyna w berecie” (Łódź 2014) autorka podjęła próbę zmierzenia się z absurdami jakie niesie codzienność, toteż więcej tu sarkazmu, ironii…, a może i gniewu. W zasięgu poetyckich penetracji Doroty Ocińskiej znalazła się też kosmologia i historiozofia, ale są to tylko muśnięcia piórkiem – a nie uczone wywody.
Warto pobyć z tymi wierszami jak z gronem przyjaciół.

ISBN: 978-83-939354-0-6

Pisze Pan prawdziwie i pięknie, że Pan szuka w kobiecie “głębi by udoskonalić to co jest w niej pańskie”. To są gorzkie ale dojrzałe myśli i zgodne ze stanem faktycznym, jaki czasem bywa w miłości. Oczywista, miłość jest stanem efemerycznym, niepewnym, tak jak niepewne jest w ogóle nasze istnienie, ale człowiek jak tonący chwyta się brzytwy i szuka czegoś sensownego w swym istnieniu, żeby się tego uchwycić, choćby było ułudą. Ale powiedz Pan, jak się to dzieje, że pewne pary wyznając sobie co godzina gorące uczucia miłości rozstają się już (z niesmaku) po dwóch tygodniach, a inne pary nigdy do siebie nie mówią o miłości, “kocham cię” i przeżywają z sobą całe życie, do śmierci? Wiec chyba istota tego stanu (zwanego miłością) nie leży w nazewnictwie i w definiowaniu przeżyć. Gdyby tak było, to pisanie wierszy wyrażających miłość do drugiej osoby, byłyby albo wyrazem głupoty, albo powinny być zabronione.

Co do przykrych i osobistych przeżyć, jakie spotykają Pana w dwójnasób częściej niż innych ludzi, to dzieje się tak dlatego, że czujesz Pan w sobie “pomazanie” naturą wyższą (tak jak to odczuwają mistycy) i nie umiesz pan ukryć w sobie “drugiego ciała króla”, co partnerki wprawia we wściekłość i prowadzi do zniechęcenia. Zauważ Pan, że w stosunkach z nowo poznanymi ludźmi idzie Panu całkiem normalnie i dobrze, dopóki się nie dowiedzą, że jesteś Pan poetą. Gdy się dowiedzą, to spoglądają na Pana nieufnie, z rezerwą, jak na wariata. Oczywiście nie wszyscy, bo reakcje są różne w zależności od statusu, pozycji i wykształcenia.

Ja czasem mam wątpliwości, czy wszystkie pańskie wiersze są pozbawione akcentów banalnych, bo w niektórych się to zdarza, ale patrząc na dotychczasowy ich całokształt, muszę przyznać, że tych “poetyckich banałów” frazesów etc. jest mniej niż np. u Tadeusza Różewicza.

W każdym razie nie żałuję, że biorę udział w rozmowie z Panem, bo potrafi być interesująca. Często też trafiam na wiersze ludzi piszących podobnie jak Pan i nie wiem od czego to zależy, ale czuje w nich pozę, pustkę, i fałsz – a u pana nie. Czuję, że “tamci” zasiadają do napisania wiersza (np. na konkurs) – (a teraz napiszę sobie o “miłości”) nie mając nic do powiedzenia oprócz oczytania się cudzymi wierszami w szkole albo na uniwersytecie. No, takich wierszy to można napisać wagony. Natomiast u Pana grają takie tajemnicze względy, o jakich wspomina Różewicz, że tajemniczy sens zależy od wewnętrznego kleju, który nadaje sens pierwocinie zdania (które jeszcze nie jest zdaniem i dopiero się rodzi) i kiedy jego “maźnięcie” w pewnym miejscu ustaje, tak następuje przerwa i napięcie uwagi umysłu oczekującego i pytającego “co dalej”. Jest to pytanie o sens, a skoro “pierwocina” jest ledwie zarysowana i niejasna, umysł ma szanse rozpoznać “nowe światy”. “Nowe światy” za pomocą słów starego języka. Tej “przerwy” następującej po “pierwocinie” zdania (które by mogło być całkiem logiczne – ale i banalne – gdyby Pan – autor – “wiedział” co dalej) by nie było, gdyby autor “wiedział co chce powiedzieć, czyli miał na podorędziu zestaw poetyckich kłamstw i frazesów (szkolnych, uniwersyteckich etc.), czyli robił wiersz, jak szewc buta na kopycie i nie dbał o resztę (“niech gadają, że jestem poetą, to, może dorobię parę groszy a resztę mam w dupie”).

Karol Zieliński

Zygmunt Jan Prusiński

Credo Zygmunta Jana Prusińskiego

Poezja faktycznie jest wiarą. Dlatego poświęciłem swoje życie w liryce słowa. Ale poezja jest też i muzyką we frazach ułożona – tylko dla wyczulonych – (niczym ciało rtęci) tę cichą muzykę słów się słyszy. Poezja jest także obrazem namalowanym przez słowa. Dlatego prędzej zamieniłbym termin “Poeta” na “Słowotwórca”. Jak wynika z tego wyznania, wiersz – muzyka – malarstwo mają silny ze sobą wspólny związek. Zatem SZTUKA wypełniona do granic jest sama w sobie “bezgraniczna”.

Można byłoby dzisiaj powiedzieć (8 lutego 2007 roku), że w Poezji napisano już wszystko co można było napisać. Że w kolejnych epokach poeci powtarzają się. Niby piszą coś nowego – tak im się wydaje – a to jakby ktoś już wcześniej napisał, oczywiście w innym układzie słów. Myślę, że jeszcze nie napisano do końca ostatniego wiersza, żeby można było zamknąć ten rodzaj sztuki. Póki jest życie, człowiek ów poszukuje to swoje “ego”. To go chyba upoważnia do reaktywności by być rozpoznawalnym w tych podbojach, bo zostawia tę kroplę trudu napisania wiersza.

Dla przykładu, biorę wiersz pt. “Mały zielony kamyk” napisany dwa dni temu, a więc jest tak świeży że można byłoby powiedzieć, to jeszcze “niemowlęcy” pisk… ale treść przytłacza powagą. Oto ten wymiar mój osobisty, co dokonałem w krótkiej chwili. Dodam, że wiersz napisany w czasie najkrótszym z reguły jest najlepszy.

MAŁY ZIELONY KAMYK

Jest w nim Polska – mały zielony kamyk
rośnie w moich oczach.
Przetaczam zaklęcia rosy i trawy,
straszę niechcący insekta
w tajemnicy przenoszę strach.

Wędrowny kamyk podniosłem,
zasyczał życiem nie uskarżając się
na twardy lot upadku z ręki człowieka.

Słońce w różu chowa się za chmurą.
Gaśnie dzień popołudniowy,
a ja zastanawiam się nad losem
zielonego dzieła które trwa i trwa
przez wieki – więc kto jest ważniejszy?

* * *

I to jest właśnie moje credo, naznaczone uwagą i wiarą, iż ten “kamyk” jest ważniejszy ode mnie. Bo on zostanie przez następne stulecia, trawiąc ciszę i krzyk, ciemność i światło, chłód i ciepło. Może akurat obok niego wyrośnie jakaś roślinka, może wyrośnie i dorodny dąb. Gdyby i na ten zielony kamyk zalała duża woda, to i tak odnajdzie swoje miejsce. Więc kto jest ważniejszy: człowiek czy kamyk?

8 lutego 2007 – Ustka