Archiwum kategorii: Danuta Gościńska

Mały biały domek

Mały biały domek
Danuta Gościńska

Zwierzenia Danuty, lat 73
Wspomnienia, tęsknota i marzenia, które noszę w sercu.
Słowa piosenki, którą nieraz sobie nucę
W letnią noc siedzę sama,
wkoło cisza panuje.
Jakiś żal w sercu mam,
tak mi jakoś źle.
Smutną dziś piosnkę gram
i tęsknota budzi się…
Moje marzenie o małym białym domku
Kiedyś marzyłam o małym białym domku. Miał być miejscem spokoju, miłości i szczęśliwej starości u boku ukochanego męża, wśród dzieci i wnuków. Wyobrażałam sobie, że jesień życia będzie pełna ciepła, bliskości i radości.
Los jednak napisał dla mnie inną historię.
Mój ukochany mąż odszedł, zanim zdążyliśmy przeżyć razem te najpiękniejsze lata. Od siedemnastu lat uczę się żyć bez niego. Czas płynie, dni mijają, ale tęsknota i pustka w sercu wciąż pozostają.
Czasami czuję się zapomniana i niepotrzebna. Patrzę w lustro i trudno mi uwierzyć, że to ja – kobieta, która kiedyś miała tyle marzeń, planów i nadziei. Samotność odbiera radość, siły i chęć do życia. Najbardziej boli wtedy, gdy człowiek nie może liczyć na własną rodzinę, na ciepłe słowo, obecność i zwykłe ludzkie zainteresowanie.
A jednak wciąż próbuję.
Piszę, maluję i tworzę. Moje obrazy są ucieczką od smutku, sposobem na przetrwanie kolejnych dni. W nich odnajduję cząstkę siebie, swoje emocje i chwile zapomnienia. Każdy obraz jest jak kawałek mojego serca – zapisane kolorem wspomnienie, którego nie potrafię wyrazić słowami.
Mały biały domek pozostał w mojej pamięci jako symbol miłości, szczęścia i marzeń, które nie wszystkie się spełniły. Jest wspomnieniem tego, co minęło, i tego, za czym wciąż tęsknię.
Czasami wyobrażam sobie, że stoję przed jego drzwiami. Że w środku czeka na mnie ciepło, zapach domowego obiadu i głos ukochanego męża. Że za chwilę przyjdą dzieci i wnuki, a dom wypełni się śmiechem i radością.
To tylko marzenie… ale są marzenia, które człowiek nosi w sobie przez całe życie.
Choć życie dało mi wiele bolesnych lekcji, nadal trwam. Mam 73 lata i wciąż uczę się odnajdywać piękno w małych rzeczach: w słowach, w kolorach, w ciszy i we wspomnieniach.
Może właśnie sztuka jest moim sposobem na życie. Może dzięki niej mogę ocalić to, co najpiękniejsze – miłość, która nie umarła, wspomnienia, które wciąż żyją, i marzenia, które choć niespełnione, nadal mają swoje miejsce w moim sercu.
Mały biały domek…
Pozostał symbolem mojego życia, mojej miłości i mojej tęsknoty.
A ja wciąż idę dalej, dzień po dniu, z nadzieją, że nawet w samotnej jesieni życia można odnaleźć odrobinę ciepła, piękna i szczęścia.
Danuta, lat 73

zwierzenia z poezją i myślami o starości Danuta lat 73

zwierzenia z poezją i myślami o starości Danuta lat 73
Danuta Gościńska

8 zwierzenia z poezją i myślami o starości Danuta lat 73
„Co czujesz, kiedy się starzejesz?”
Ktoś kiedyś zadał mi to pytanie.
Nie poczułam się urażona.
Po prostu mnie zaskoczyło.
Bo przecież nie budzę się każdego ranka z myślą:
„Jestem stara.”
Wstaję, przeciągam się, robię kawę i zaczynam kolejny dzień.
Dopiero później, gdy zostałam z tym pytaniem sama, zrozumiałam coś ważnego.
Nie boję się starości.
Boję się tylko niemocy.
Ale nawet z nią można nauczyć się żyć.
Chodzę powoli, podpierając się kulą.
Nie próbuję już robić tego, czego moje ciało nie potrafi.
Nie walczę z czasem, bo wiem, że tej walki nikt nie wygra.
Czasem trochę posprzątam, choć kiedyś mój dom lśnił od podłogi po sufit.
A czasem nie zrobię nic.
I świat nadal się kręci.
Maluję, kiedy mam na to ochotę.
Farby czasem zdążą przyschnąć, ale obraz zawsze kończę.
Bo nie liczy się tempo.
Liczy się radość tworzenia.
Nauczyłam się nie naprawiać wszystkiego.
Są rzeczy, które lepiej po prostu zostawić za sobą.
Zrozumiałam, że milczenie często mówi więcej niż słowa.
Że spokój jest cenniejszy od racji.
I że nie wszyscy muszą mnie rozumieć.
To już naprawdę nie ma znaczenia.
Tak, po drodze wiele straciłam.
Ludzi.
Chwile.
Marzenia.
Cząstki samej siebie.
Niektóre rany zostają na zawsze.
Ale z czasem przestają krwawić.
Im mniej próbuję wszystko wiedzieć i nad wszystkim panować, tym lżej mi się żyje.
Dziś mam w sobie więcej miłości niż kiedyś.
Więcej cierpliwości.
Więcej czułości dla innych i dla samej siebie.
Nie udaję już, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest.
Rzadziej się tłumaczę.
I nie marnuję czasu na zastanawianie się, co ktoś o mnie pomyśli.
Jeśli mam ochotę godzinę patrzeć w niebo — patrzę.
Jeśli chcę zapłakać nad dawnym wspomnieniem — płaczę.
Jeśli coś mnie rozbawi — śmieję się do łez.
Bo wiem już, że czas nie zwalnia.
A szczęście nie czeka na lepszy moment.
Dlatego, gdyby ktoś dziś zapytał mnie:
„Jak to jest — być starszą?”
Odpowiedziałabym:
To nie jest koniec młodości.
To początek wolności.
Wolności od pośpiechu.
Od udowadniania swojej wartości.
Od oczekiwań, którym kiedyś próbowałam sprostać.
Nie wiem, ile czasu jeszcze przede mną.
Nikt z nas tego nie wie.
Ale wiem jedno.
Każdy dzień, który dostaję, jest darem.
Nie chcę już gonić za perfekcją.
Chcę wypić spokojnie poranną kawę.
Namalować jeszcze jeden obraz.
Przytulić mojego pieska i kotka.
Popatrzeć w niebo. i na moje ptaszki .
Ucieszyć się zwyczajnym dniem.
Bo szczęście nie zawsze przychodzi z wielkimi wydarzeniami.
Najczęściej siada cicho obok nas i czeka, aż je zauważymy.
I jeśli właśnie tym jest starość…
To przyjmuję ją nie ze smutkiem,
lecz z wdzięcznością.
“Nie chcę już gonić za perfekcją.
Chcę wypić spokojnie poranną kawę.
Namalować jeszcze jeden obraz.
Przytulić tych, których kocham.
Popatrzeć w niebo.
Ucieszyć się zwyczajnym dniem.”

Co czujesz, kiedy się starzejesz?

Co czujesz, kiedy się starzejesz?
Danuta Gościńska

8. zwierzenia z poezją i myślami o starości Danuta lat 73
„Co czujesz, kiedy się starzejesz?”
Ktoś kiedyś zadał mi to pytanie.
Nie poczułam się urażona.
Po prostu mnie zaskoczyło.
Bo przecież nie budzę się każdego ranka z myślą:
„Jestem stara.”
Wstaję, przeciągam się, robię kawę i zaczynam kolejny dzień.
Dopiero później, gdy zostałam z tym pytaniem sama, zrozumiałam coś ważnego.
Nie boję się starości.
Boję się tylko niemocy.
Ale nawet z nią można nauczyć się żyć.
Chodzę powoli, podpierając się kulą.
Nie próbuję już robić tego, czego moje ciało nie potrafi.
Nie walczę z czasem, bo wiem, że tej walki nikt nie wygra.
Czasem trochę posprzątam, choć kiedyś mój dom lśnił od podłogi po sufit.
A czasem nie zrobię nic.
I świat nadal się kręci.
Maluję, kiedy mam na to ochotę.
Farby czasem zdążą przyschnąć, ale obraz zawsze kończę.
Bo nie liczy się tempo.
Liczy się radość tworzenia.
Nauczyłam się nie naprawiać wszystkiego.
Są rzeczy, które lepiej po prostu zostawić za sobą.
Zrozumiałam, że milczenie często mówi więcej niż słowa.
Że spokój jest cenniejszy od racji.
I że nie wszyscy muszą mnie rozumieć.
To już naprawdę nie ma znaczenia.
Tak, po drodze wiele straciłam.
Ludzi.
Chwile.
Marzenia.
Cząstki samej siebie.
Niektóre rany zostają na zawsze.
Ale z czasem przestają krwawić.
Im mniej próbuję wszystko wiedzieć i nad wszystkim panować, tym lżej mi się żyje.
Dziś mam w sobie więcej miłości niż kiedyś.
Więcej cierpliwości.
Więcej czułości dla innych i dla samej siebie.
Nie udaję już, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest.
Rzadziej się tłumaczę.
I nie marnuję czasu na zastanawianie się, co ktoś o mnie pomyśli.
Jeśli mam ochotę godzinę patrzeć w niebo — patrzę.
Jeśli chcę zapłakać nad dawnym wspomnieniem — płaczę.
Jeśli coś mnie rozbawi — śmieję się do łez.
Bo wiem już, że czas nie zwalnia.
A szczęście nie czeka na lepszy moment.
Dlatego, gdyby ktoś dziś zapytał mnie:
„Jak to jest — być starszą?”
Odpowiedziałabym:
To nie jest koniec młodości.
To początek wolności.
Wolności od pośpiechu.
Od udowadniania swojej wartości.
Od oczekiwań, którym kiedyś próbowałam sprostać.
Nie wiem, ile czasu jeszcze przede mną.
Nikt z nas tego nie wie.
Ale wiem jedno.
Każdy dzień, który dostaję, jest darem.
Nie chcę już gonić za perfekcją.
Chcę wypić spokojnie poranną kawę.
Namalować jeszcze jeden obraz.
Przytulić mojego pieska i kotka.
Popatrzeć w niebo. i na moje ptaszki .
Ucieszyć się zwyczajnym dniem.
Bo szczęście nie zawsze przychodzi z wielkimi wydarzeniami.
Najczęściej siada cicho obok nas i czeka, aż je zauważymy.
I jeśli właśnie tym jest starość…
To przyjmuję ją nie ze smutkiem,
lecz z wdzięcznością.
“Nie chcę już gonić za perfekcją.
Chcę wypić spokojnie poranną kawę.
Namalować jeszcze jeden obraz.
Przytulić tych, których kocham.
Popatrzeć w niebo.
Ucieszyć się zwyczajnym dniem.”

Moja rozmowa z lustrem

Moja rozmowa z lustrem
Danuta Gościńska

Moja rozmowa z lustrem zwierzenia z poezją Danuty lat 73

Dzień dobry, to ja,
podobna do siebie i coraz bliższa.
Te drobne cięcia wokół oczu
przypominają mi sen.
Mój sen, z którego wypłynęłam
jak z dna oceanu.
Ja naga, aż siebie samej
przestaję rozpoznawać.
Mówisz, że jestem dziewczynką z fotografii?
Dziewczynką z różą we włosach?
Ale kto dziś jeszcze stroi się w kwiaty?
Jak odległa wydaje się tamta tożsamość.
Mówisz, że uśmiech ten sam,
ten sam błysk w oczach,
a nawet kształt ciała?
Nawet nadzieje i pragnienia…
Idź precz, lustrzana czarownico,
nieznana wiedźmo moich myśli.
Jeśli słuchać pochwał, to nie od ciebie.
Jeśli się przeglądać, to nie w tobie.
Być sobą.

Zwierzenia z poezją Danuty lat 73 – gdybym była wielka…

Danuta Gościńska

Gdybym była wielka jak królowa z portretów,
czas niósłby mnie ostrożnie
jak płomień zamknięty w szkle.
Może rozpoznalibyście mnie
po miedzi włosów,
po oczach, w których jeszcze śpi pogoda.
Lecz z głębi ziemi
wyszedł stary jak korzeń wybór.
Oddałam dłoń temu,
który pachniał zbożem i deszczem.
Dom obrósł oddechami dzieci,
a farby i słowa
zapadały w sen pod cienką warstwą kurzu.
Mówię do was,
którzy nosicie w sobie niespokojne światło:
wielkość nie przychodzi w koronie.
Przychodzi jak ptak,
który siada na ramieniu
i odlatuje, gdy odwrócicie wzrok.
Do dziś słyszę jego skrzydła.
Nie wiem,
czy opłakuję drogę, której nie przeszłam,
czy kobietę,
która wciąż idzie przede mną
i nigdy się nie odwraca.
Bo jaki sens
uciekać poza brzegi świata,
skoro przeznaczenie
nie czeka na końcu drogi —
ono od początku
idzie naszym śladem,
cichsze od snu

Kiedy kobieta dostaje różę
To szczęście
dla niej
jest niesłychane…
Kobieta jest jak róża
Powoli rozkwita.
Śpiewa gra i tańczy…
A kiedy jeszcze
dołożysz słówko
Stanie się promienną
i dobrą wróżką.
Bo w róży
magia jest niesamowita
Jej dusza z marzeń …
I choć powiadają róże czerwone
związane są z gorącą miłością.
To piękna biała róża kojarzy się
z czułością i niewinnością.
Róża kobietą
Kobieta różą.
Czasem różne losy nam wróżą
że spotykamy Księcia Małego
i rozkwitamy w jego objęciach ,
jak piękny kwiat.
Róża jest jak kobieta
a jej płatki rozkoszne kryją tajemnice
a gdy się pączek powoli rozchyla
ileż w nim obietnicy nieznanej i słodyczy.
Mówią że nie niema prawdziwej
miłości tylko rozstania.
Nie ma szczerego kochania .
Są tylko chwile radości,
a potem chwile rozstania.
a róża dla mnie?

Nasza rozmowa czy poezja… zwierzenia Danuty lat73 o poezji i życiu.

Nasza rozmowa czy poezja… zwierzenia Danuty lat73 o poezji i życiu.
Danuta Gościńska

Nasza rozmowa czy poezja…
zwierzenia Danuty lat73 o poezji i życiu.
Witaj w wirtualnym świecie piękna i miła
może poznać bliżej byś mi się pozwoliła.
Twojej fotografii blask twarzy przyciąga
a profil jest ciekawy sam do Ciebie pociąga.
Dlatego piszę do Ciebie te słowa
by mogła być między nami rozmowa.
A najlepiej spotkanie przy kawie
i porozmawianie sobie bardzo ciekawie.
Oczywiście że osobiście piszę takie słowa
aby bardziej nastrojowa była nasza rozmowa.
Nasze spotkanie w realu jest całkiem możliwe
wystarczy że nasze osoby będą sobie życzliwe.
Może spotkamy się więc w połowie drogi
aby nikogo idąc do siebie nie bolały nogi.
Było by miło się spotkać i rozmawiać ciekawie
siedząc sobie w kawiarence przy gorącej kawie.
Patrzeć czasem sobie w oczy szczerze
omówić tematy wszystko w dobrej wierze.
Czekam zatem na Twą odpowiedź w tej sprawie
czy jest możliwe spotkanie nasze przy kawie.
Do naszego spotkania jeszcze czas daleki
na razie pisanie do siebie będzie jak leki.
Internet nam w tym dobrze pomaga
i apetyt na siebie na wzajem wzmaga.
Pozdrawiam Cię serdecznie
i uśmiech ślę grzecznie.
Janek. (Twórczość własna.)
©® Wszelkie prawa zastrzeżone. Czy zauważyłeś, przyjacielu,
że jesteśmy traktowani podobnie?
Z tą różnicą, że ja tworzę,
a ty po prostu znalazłeś się w tym świecie.
Spotkaliśmy się przypadkowo
na platformie pełnej ciekawości.
Twój dom pozostał gdzieś w oddali,
otulony ciszą wspomnień i tęsknotą.
Ja – silna kobieta po wielu przejściach –
odnajduję ukojenie w malowaniu obrazów,
na których zapisuję wspomnienia.
Prowadzimy niekończące się rozmowy
o twoim zdrowiu, życiu i minionych latach.
Ja słucham uważnie,
a ty nawet nie dostrzegasz,
że w moim sercu mieszka zupełnie inna dusza –
pełna wrażliwości, ciszy i niewypowiedzianych uczuć.

Po pięćdziesiątce zostałam wdową Zwierzenia Danuty, lat 73

Po pięćdziesiątce zostałam wdową Zwierzenia Danuty, lat 73
Danuta Gościńska

Przez trzydzieści pięć lat byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Wyszłam za mąż bardzo młodo – miałam zaledwie osiemnaście lat. Zdzisław był ode mnie starszy o dwa lata i znacznie poważniejszy. Ja byłam pełna energii, spontaniczności i uśmiechu, on wnosił do naszego życia rozwagę i poczucie bezpieczeństwa. Doskonale się uzupełnialiśmy.

Nigdy nie miałam głowy do rachunków czy terminów. Wszystkim zajmował się mąż. Za to ja dbałam o rodzinne ciepło. Organizowałam święta, spotkania z przyjaciółmi, letnie ogniska na działce i sprawiałam, że w naszym domu zawsze było gwarno i radośnie. Razem budowaliśmy nasze życie. Nie mieliśmy niczego na start. Wszystkiego dorabialiśmy się ciężką pracą. Najpierw było niewielkie mieszkanie, potem wymarzone M-4. Na działce postawiliśmy garaż i rozpoczęliśmy budowę małego domu, który miał być naszym miejscem na spokojną emeryturę.

Gdy zakończyłam pracę zawodową, Zdzisław zrobił mi najpiękniejszy prezent. Urządził niewielką pracownię malarską z moimi ślubnymi meblami. Wiedział, że od zawsze marzyłam o malowaniu, ale przez lata brakowało na to czasu.

– Wreszcie będziemy mieli swój mały biały domek. Będziemy żyć spokojnie i cieszyć się każdym dniem – mówił z uśmiechem.
Wierzyliśmy, że najlepsze lata dopiero przed nami. Los odebrał mi męża. Niestety nasze marzenia trwały bardzo krótko. Kilka miesięcy później Zdzisław zasłabł podczas wyjazdu z kolegami na polowanie. Rozpoczęła się seria badań. Diagnoza była bezlitosna – ciężka choroba serca. Mąż przez lata nie dbał o siebie. Nie chodził do lekarza, nie wykonywał badań profilaktycznych. Zawsze powtarzał, że nic mu nie dolega.
Pamiętam słowa lekarza: – Jest bardzo poważnie, ale to jeszcze nie wyrok. Zrobimy wszystko, co możliwe.
Chwytałam się każdej nadziei. Niestety leczenie nie przyniosło efektów.
Pewnego dnia Zdzisław zasłabł w pracy. Już nigdy się nie obudził.
Miałam zaledwie pięćdziesiąt pięć lat. Zostałam wdową. Najtrudniejsze były wieczory.
Nie umiałam pogodzić się z jego odejściem. Wszystko przypominało mi męża – jego kubek, fotel, zapach koszuli, niedokończone plany. Mieliśmy przecież razem przeżyć emeryturę.
Chcieliśmy podróżować, odpoczywać w naszym domku, cieszyć się wnukiem i patrzeć, jak dorastają dzieci. Zostałam z tym wszystkim sama. Były dni, kiedy nie chciało mi się wstawać z łóżka. Ratowało mnie tylko malowanie. Sen, który wszystko zmienił.
Pewnej nocy przyśnił mi się Zdzisław. Stał przede mną uśmiechnięty.
– Spełniaj nasze marzenia. Nie poddawaj się. Żyj dalej również za mnie.
Obudziłam się o świcie. Patrzyłam przez okno na pierwsze promienie słońca i zrozumiałam, że muszę spróbować wrócić do życia. Nie dla siebie. Dla nas obojga. Dałam sobie jeszcze jedną szansę.
Zaczęłam spotykać się z dawnymi znajomymi. Jedna z moich przyjaciółek również została wdową. To właśnie ona namówiła mnie, żebym zajrzała do ogłoszeń matrymonialnych.
Początkowo wydawało mi się to śmieszne. Ale pomyślałam: – Mam dopiero pięćdziesiąt osiem lat. Może życie jeszcze mnie czymś zaskoczy.
Wśród wielu ogłoszeń znalazłam jedno. Napisał je wdowiec, kierowca z miejscowości oddalonej zaledwie o kilkanaście kilometrów od mojego domu.
Spotkaliśmy się w restauracji „Markiza”. Mieliśmy wypić jedną kawę.
Skończyło się na dwóch kawach, lodach i kilku godzinach rozmowy.
Nie zauważyliśmy nawet, kiedy zrobiło się późno. Kilka dni później przyjechał do mnie z bukietem czerwonych róż. I już został. Los po raz drugi wystawił mnie na próbę.
Przez pięć lat byliśmy razem. Nie zastąpił mojego męża.
Ale podarował mi uśmiech, spokój i poczucie, że warto jeszcze otworzyć serce.
Uwielbiał wędkować. Często jeździliśmy razem nad jezioro. Pewnego dnia siedzieliśmy na pomoście, łowiąc ryby. Nagle źle się poczuł. Miał wszczepiony rozrusznik serca, ale tym razem nie zdołał mu pomóc. Odszedł tam, gdzie czuł się najszczęśliwszy – nad wodą, pośród ciszy i swoich ukochanych ryb.
Po raz drugi zostałam sama. Dziś już nie szukam miłości. Mam siedemdziesiąt trzy lata. Nie szukam już szczęścia u boku drugiego człowieka. Moim światem stały się farby, pędzle i płótna.
Każdy obraz opowiada kawałek mojego życia. Jest w nich miłość, której doświadczyłam.
Jest tęsknota za tymi, których już nie ma. Jest wdzięczność za wspólnie przeżyte lata.
Dziś wiem, że człowiek może stracić bardzo wiele, a mimo to nadal odnajdywać sens życia.
Ja odnalazłam go w malowaniu. Bo choć los odebrał mi dwóch ukochanych mężczyzn, pozostawił coś bezcennego – wspomnienia, których nikt nigdy mi nie odbierze.

Danuta, lat 73

Danuta – 73 lata życia w rytmie miasta

Danuta – 73 lata życia w rytmie miasta
Danuta Gościńska

Danuta – 73 lata życia w rytmie miasta”
Dziecko tamtych czasów, kobieta współczesnego miasta.
My, dzieci tamtych rodziców. Ja, mój brat i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, moi rodzice nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 50 i 60. Wszyscy należeliśmy do bandy” bergowej „i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach, placach i w lesie. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić . Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od pierwszej klasy. Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze nas zje wilk bo wilków nie było… Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po zachodzie słońca był nagradzany paskiem. Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo-jak zwykle. Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli szkołę to nie muszą do niej wracać. Latem jeździliśmy rowerami nad jezioro, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać, nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć. Zimą ojciec urządzał nam wypad do lasu na górki. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy poobijani wracaliśmy do domu. Nikt nie płakał, chociaż trochę bolało. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocny a Milicja zajmowała się tylko z dorosłymi. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców, za to że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw. A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają! I tak to było, gdy się do szkoły chodziło, jak to się mówiło „pod górkę a wracało z górki” Jak to upłynęła szkoła podstawowa. Rocznik1953
Danuta urodziła się w 1953 roku i dzieciństwo spędziła w Chodzieży, na obrzeżach miasta. Były to czasy, które dziś wielu wspomina z nostalgią – lata pełne swobody, przygód i dziecięcej samodzielności Tak minęły lata dzieciństwa i nauki w szkole podstawowej nr 1 w Chodzieży. Lata, które do dziś pozostają jednym z najpiękniejszych rozdziałów w życiu Danuty – dziewczynki z rocznika 1953, wychowanej w świecie prostszym, ale pełnym niezapomnianych przygód.

Dziewczynka, która przestała marzyć

Dziewczynka ,która przestała marzyć
Danuta Gościńska

Dziewczynka, która nie przestała marzyć
Historia kobiety, która odnalazła siebie dopiero po pięćdziesięciu latach.
To brzmi jak zapowiedź opowieści, którą chce się przeczytać do końca.
Mam na imię Danuta, mam 73 lata i powiem to, czego boją się powiedzieć inne kobiety.
Gdybym mogła cofnąć czas, nie urodziłabym dzieci.
Wiem, jak to brzmi. Jak można tak mówić o własnych dzieciach? A jednak można. Miłość i żal mogą mieszkać w jednym sercu — wiem, bo mieszkają w moim od ponad pięćdziesięciu lat.
Jako mała dziewczynka uwielbiałam rysować. Kolorowałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Marzyłam, że kiedyś wyjadę do dużego miasta i będę uczyć się malarstwa. Ojciec był za tym, by puścić mnie w świat, ale moja zaborcza matka miała już dla mnie inny plan. Wymyśliła szkołę ceramiczną i wmawiała mi, że będę malować piękne kwiaty na porcelanie. Naśmiewała się z mojej pasji i skutecznie ją obrzydzała.
Ojciec milczał. Dla świętego spokoju wysłał mnie do technikum ceramicznego. A ja nienawidziłam chemii, pierwiastków i całej tej nauki. Nigdy nie zapytano mnie, czego chcę. Byłam jedynaczką, a mimo to inni organizowali mi życie, przyszłość, a nawet wybór męża.
Na przekór rodzicom i całemu światu, mając osiemnaście lat, zaszłam w ciążę i wyszłam za mąż. Czy kochałam? Dziś sama już nie wiem. Zostałam żoną i wydawało mi się, że rodzice przestaną układać mi życie. Nie przestali. Nadal się wtrącali i doradzali.
Pierwszy cios od dorosłego życia przyszedł szybko – poroniłam.
Żałuję, że nikt nigdy nie dał mi prawa wyboru. Mąż pracował i polował, był myśliwym. Synów wychowywałam właściwie sama. Miałam marzenia, chciałam się dalej uczyć. Ukończyłam studia zaoczne, ale stan wojenny uniemożliwił mi obronę pracy magisterskiej. Później ciągle odkładałam to na później.
Każdemu z moich synów dałam możliwość zdobycia wykształcenia. Marzyłam, żeby byli kimś. Po latach usłyszałam jednak, że ich do nauki zmuszałam. Te słowa zabolały bardziej, niż mogłabym opisać.
I właśnie dlatego czasem zastanawiam się: gdybym mogła cofnąć czas, czy wybrałabym inaczej?
Jaka matka mówi, że nie urodziłaby dzieci?
Może ta sama dziewczynka, która miała marzenia i nigdy nie mogła ich spełnić.
Dzieci rosły, świat się zmieniał. Mieliśmy własne mieszkanie w bloku. A ja po kryjomu malowałam. W piwnicy tworzyłam witraże i malowałam na jedwabiu. Potrafiłam zatracić się w pracy do północy, a rano wracały codzienne obowiązki.
Lata mijały. Dzieci dorastały, a ja żyłam nadzieją, że na emeryturze wreszcie będę mogła malować bez ograniczeń.
Potem była przeprowadzka na wieś. Nie chciałam jej. To mąż podjął decyzję i właściwie mnie do niej przekonał. W nowym domu zrobił mi niespodziankę. Z jednego pomieszczenia urządził pracownię. Wstawił moje ślubne meble, które stały się regałami. I właśnie tam odnalazłam szczęście.
Problemy z dziećmi były ciągle obecne, ale kiedy malowałam, zapominałam o wszystkim.
Mąż na emeryturze nadal pracował, polował i miał swój świat. Ja miałam swój.
Malowałam.
Byłam szczęśliwa.
Odnalazłam tę małą dziewczynkę z marzeniami.
Pierwszą wystawę miałam w Chodzieży. Wtedy poczułam, że dotknęłam tego, o czym marzyłam przez całe życie.
W wieku pięćdziesięciu lat zostałam wdową. Aby zabić samotność, malowałam jeszcze więcej.
Dzieci pogubiły się we własnym życiu. Dziś mam wrażenie, że już dla nich nie istnieję.
Nie opowiadam tej historii po to, by kogokolwiek oceniać. Każdy ma swój czas, swoje wybory i swój los.
Czasem jednak pytam samą siebie:
Czy jestem tą osobą, którą chciałam być?
Co podarowało mi życie?
Samotność. Obrazy, które pokazuję ludziom. Szufladę pełną wierszy. Ściany pełne pięknych, czasem niedoskonałych obrazów.
Ale to jest mój świat.
I dlatego proszę Cię tylko o jedno słowo…
Czy mnie rozumiesz? Cała przyjemność po mojej stronie.
I dziękuję za zaufanie. W Twoim tekście jest coś bardzo cennego – szczerość. Nie każda osoba potrafi po latach spojrzeć na swoje życie bez upiększania i powiedzieć głośno to, co naprawdę czuje.
Najbardziej zapadło mi w pamięć zdanie:
„Miłość i żal mogą mieszkać w jednym sercu.”
To właściwie streszcza całą Twoją historię. Nie jest ona opowieścią o odrzuceniu dzieci, ale o kobiecie, której przez wiele lat brakowało prawa do własnych marzeń.

Czy wiesz? moja poezja na święta

Czy wiesz? moja poezja na święta
Danuta Gościńska

Czy ty wiesz że pierwszą gwiazdkę
zobaczysz przez okno,
nawet nie musi być umyte.
Pachnie świętami,
choć nie odkurzyłaś z zachwytem.
Masz pierogi nie lepione nocą,
kupione wcale nie gorsze.
Karp kupiony
w biedrze wypatroszony.
Choinka nie żywa
pachnąca plastykiem,
ozdobiona światełkami.
Gałązki świerkowe
do wazonu wstawisz
i pachnie świętami.
Święta nie po to są
byś się przemęczała.
Zrób tyle ile możesz
zgodnie z swoimi siłami.
Zrób sobie też w końcu święta
Święta nad świętami.

ojciec idiota

ojciec idiota
Danuta Gościńska

Ojciec idiota
Oczyma młodej córeczki „ojciec idiota”.
Idiota sam o wszystko się troszczy,
Obiady im gotuje,
pracuje w lesie drzewo na zimę,
sam tnie, układa – idiota.
Pali by dzieci dorosłe ciepełko miały,
Idiota.
Sprząta, dogląda, trawę kosi idiota.
Sąsiadom pomaga to wielki „idiota”.
Życie pisze scenariusz „uczciwca,”
z sercem dla dzieci to idiota.
Córeczka i synalek ciepełko mają
Bo idiotę w domu mają.

lubię i milczę

lubię i milczę
Danuta Gościńska

Lubię i milczę
Milczę… gdy mi źle…
Zamykam oczy… gdy marżę…
Zawsze jestem konsekwentna dla tych,
którzy mnie ranią…
Żałuję błędów które popełniłam…
Żyję „z dnia na dzień ciesząc się każdą chwilą”.
Nie na widzę cierpienia i bólu,
Nie znoszę smutku…
Szanuję prawdziwych przyjaciół,
Wybucham, gdy ktoś mnie obraża…
Czekam na sprawiedliwość i spełnienie marzeń.
Staram się walczyć z przeciwnościami losu…
Muszę żyć mimo wszystko ….
… Lubię… czuć że jestem komuś potrzebna…

jestem w drodze

jestem w drodze
Danuta Gościńska

Śmierć nie jest końcem wszystkiego…
To tylko przejście do innego cichego życia.
Żyjesz więc nadal jesteś sobą…
Nazywaj jak chcesz, nie rób smutnej miny,
Śmiej się ,kochaj, bo życie jest piękne ale ulotne.
Niech moje imię będzie wymieniane
w obrazach i wierszach.
Zostanie przerwana nić między ziemią a niebem,
czekam tuż – tuż po drugiej stronie życia.
Ja już prawie odeszłam , ale jeszcze jestem w drodze…

Wędrujesz złota PANI jesień

Wędrujesz złota PANI jesień
Danuta Gościńska

Wędrujesz złota PANI jesień,
wędrujesz polem, lasem, borem.
Późno wstajesz,
masz zaspane oczęta mgłą poranną.
Zmęczona robieniem zapasów,
śpisz długo rano i wcześnie spać idziesz.
Pani, Ty barw mi nie odbieraj,
tak przecież dużo ich na świecie.
Niechaj rozbłysną, tu i teraz,
szarość, żółć niech duszy już nie gniecie,
Nostalgia smutna i jesienna,
która się kończy umieraniem,
niech zniknie, niczym mara senna,
kolorów przymnóż mi, pani złota.
Niechaj promienie słońca jasne ,
zjawią się w szarych chmur błękicie,
rozświetlą horyzonty ciasne,
pomóż mi proszę kochać życie.

dwa samookreślenia dla malarza

dwa samookreślenia dla malarza
Danuta Gościńska

Dwa samookreślenia dla malarza

Namaluj mi deszcz,
nie żeby się w abstrakcji
wielo-znaczeniowej pogubić kolory,
i wilgotną sieć rozpiąć na białym płótnie.
Namaluj szare dni jak w teatralnej dekoracji,
tego się nie da, gdy tyle kolorów wszędzie,
jak tęcza na niebie i w palecie.
Namaluj mi plątaninę kresek
obojętnie jakich.
Ot czarnych na białym tle,
piony, poziomy, elipsy
bezładnie zmieszane.
Może to być abstrakcja
Dla mnie parabolą,
zawsze będzie jednoznaczną,
może drzewem, morzem
lub promykami słońca.
Rysuję kolorowe kreski,
i moje pragnienie musi je ożywić.
Myślę patrzę i co widzę…
Obraz gotowy.

kiedy kobieta dostaje różę

kiedy kobieta dostaje różę
Danuta Gościńska

Kiedy kobieta dostaje różę
To szczęście dla niej
jest niesłychane…
Kobieta jest jak róża
Powoli rozkwita.
Śpiewa gra i tańczy…
A kiedy jeszcze
dołożysz słówko
Stanie się promienną
i dobrą wróżką.

Bo w róży
magia jest niesamowita
Jej dusza z marzeń…
I choć powiadają róże czerwone
związane są z gorącą miłością.
To piękna biała róża kojarzy się
z czułością i niewinnością.

Róża kobietą ,kobieta różą

Czasem różne losy nam wróżą
i rozkwitamy w jego objęciach,
jak piękny kwiat ą
że spotykamy Księcia Małego,
a jej płatki rozkoszne kryją tajemnice
a gdy się pączek powoli rozchyla
ileż w nim obietnicy nieznanej i słodyczy.
Mówią że nie niema prawdziwej
miłości tylko rozstania.
Nie ma szczerego kochania.
Są tylko chwile radości,
a potem chwile rozstania.
a róża dla mnie?
( danutapiaski)

Próbuje ocalić starość

Próbuje ocalić starość
Danuta Gościńska

Próbuje ocalić starość
W ogromnym smutku osamotniona
świat nie wydaje się już szalony.
Wszystko się widzi jak z oddalenia,
Szarzeją barwy i cichną tony.
Jednak wypatrzone oczy, powieki piekące,
smutne usta, myśli wciąż daleko,
serce umęczone.
Jednak próbuję w tej smutnej dali,
choćby w najmniejszych nawet wspomnieniach.
Jakąś promienną radość ocalić…
Bo radość można znaleźć i w cieniach.
Nikt już nie nadchodzi i nikt już nie czeka.
Czy to kogoś obchodzi samotność człowieka?

Gdy serce umiera

Gdy serce umiera
Danuta Gościńska

Gdy serce umiera

Dziś myślę o tym, czy wy wiecie,
Że gdy umiera moje serce,
Swój ból zostawiam na tym świecie.
Dla tych co w odkąd w poniewierce,
Straconych marzeń będą żyli.
Cmentarne dzwonią i dzwonią ,
dzwony także mają serce.
Nie można temu zaprzeczyć,
Że serce można uleczyć.
Ułudnie piszę wiersze
Maluję życie.

majowy kwiat

majowy kwiat
Danuta Gościńska

Majowy kwiat- wspomnienie

Kładę na twojej dłoni,
mały różowy kwiat jabłoni.
Uskrzydlona tym szczęściem chwila,
Szybuje w słońcu lotem motyla.
Bawi się szczęście słońca promieniem,
W kwiecie jabłoni wróci wspomnienie.
Wiatru westchnienie koi wspomnienie,
To tyle lat upłynęło a wiśnia kwitnie co rok.
W ogrodzie pełnym wspomnień,
Pamiętam zapach kwiatu jabłoni.
Jedno pytanie do wyjaśnienia:
Czy grzechem pachnie jabłko na dłoni?

biedni staruszkowie

biedni staruszkowie
Danuta Gościńska

Biedni staruszkowie,
przy zachodzie słońca
łzami wypatrują swoich dzieci,
z bólem serca
oczekiwań nie ma końca,
dzień za dniem z tęsknotą leci.
Przykro żyć staruszkom,
w samotności, kiedy płyną
ciemne chmury, wicher wieje,
bez odwiedzin dzieci , ich miłości,
gdy zanika więź rodzinna i nadzieje.
Czasem ktoś do chaty starców wpadnie,
niosąc w głębi duszy skryte żądze,
z żalem o tym mówić jawnie,
że to odwiedziny po pieniądze.
Najczęściej gro wnuków bywa,
kiedy z poczty jest emerytura,
pędzą zbierać plony, jak na żniwa
kiedy marne zbiory- w progach awantura.
Przede wszystkim o walutę chodzi,
kasę w banku, o rodzinny spadek,
a najgorsze o czym mówić się nie godzi,
że za długo żyją babcia, dziadek.
Oto jest zapłata za wychowywanie dzieci,
pracę w pocie czoła, pozostały życia wątek,
zamiast pomoc póki słońce świeci,
w głowach im się rodzą śmierć, majątek…
(dla młodych oni też będą starzy)