Archiwum kategorii: Kamil Olszówka

Przed laty na Wołyniu

Przed laty na Wołyniu
Kamil Olszówka

W półmroku starych cerkwi,
Pośród śmiechów szyderczych,
Słów nienawiścią przepełnionych,
Od niewysłowionej pogardy ciężkich,

Padały krople święconej wody,
Na piły, widły, siekiery,
Uświęcając je w celu zbrodniczym,
W świętokradzkim obrzędzie bezbożnym.

Płomienne starego popa kazanie,
Nieludzką nienawiścią podszyte,
Wielkich zbrodni miało być zarzewiem,
Rozlanych po Ukrainie okrucieństw pożarem,

Nienawistne słowa starego popa,
Były jak sączony w dusze jad,
Pod pozorem banderyzmu szerzenia
Zabijający wszelkie wyrzuty sumienia.

I te święconej wody krople,
Na polskie dzieci były wyrokiem,
Zwiastować bowiem miały ich śmierć,
Strasznego ich losu były przypieczętowaniem.

I każda święconej wody kropla,
Czyichś cierpień oznaczała bezmiar,
Śmierć w nieopisanych męczarniach,
Orgie mordów w odmętach szaleństwa.

A te maleńkie kropelki,
Heroldami były zbrodni straszliwych,
Zwiastować miały dziecięcej krwi strużki,
Niezliczone z oczu ich łzy,

A każda święconej wody kropla,
Brudna, wstrętna i zimna,
Błogosławieństwem była szatana,
Diabelski chichot w sobie kryła.

Nasiąkła nienawiścią Agiasma,
W tamtych pełnych okrucieństwa dniach,
Nie była symbolem oczyszczenia,
Skaziły ją popów bezbożne słowa…

I w księżyca blasku upiornym,
Wyważały drzwi chałup poświęcone łomy,
Rozłupywały czaszki maleńkich dzieci,
Pobłogosławione przez popów siekiery,

Pokropione w cerkwiach kosy,
Odbijając się w głębi przerażonych źrenic,
Dotykając młodych dziewcząt krtani,
Niejedną nić życia trwale przecięły.

A krople przelanej krwi polskich dzieci,
Przed oblicza hufców anielskich,
Płacząc rzewnie skargi swe niosły,
O potworności zbrodni straszliwych,

A każda dziecięcej krwi kropelka,
Strwożona aniołom opowiedziała,
Jak wielkiego bezmiaru okrucieństwa,
W wołyńskie noce świadkiem była.

I te krople niewinnej krwi,
Dzieci bestialsko pomordowanych,
Uczciły wierne Bogu anioły,
Pieczętując je swymi pocałunkami,

By po kres świata były świadectwem,
O tamtym straszliwym bestialstwie,
Jak ludzkiej natury zezwierzęcenie,
Potrafi być nieujarzmione…

Miała być rzekomo wolna Ukraina,
Czysta jak przysłowiowa wody szklanka,
Lecz w niewysłowionej nienawiści skąpana,
Spłynęła wkrótce krwią zbroczona.

I pomimo upływu lat,
Pozostaje wciąż wstrętna i brudna,
W tamtych nierozliczonych zbrodniach
Wciąż bezwstydnie unurzana,

Wciąż bez woli oczyszczenia,
Gdy zakłamana elita,
Haniebny kurs polityki wyznacza,
Czcząc zbrodniarzy w niezliczonych pomnikach…

A pomordowanych na Wołyniu dzieci,
Nie utuli już nikt,
Jedynie niebiańskie anioły,
Otrą z oczu ich łzy,

A każda polskiego dziecka łza,
Większą ma wagę w oczach Boga,
Niż ukraińskich historyków kłamstwa,
Którym przyklaskuje dwulicowy świat.

Każda kropla polskiej krwi
Pozostała na wołyńskiej ziemi,
Świadectwem jest dziś niezatartym
Tamtych zbrodni straszliwych,

Wielkie morze łez,
Polskich dzieci zgładzonych okrutnie,
Dla ludzkości jest plamą na honorze,
Dla cywilizowanego świata sumienia wyrzutem…

– Wiersz napisany dla upamiętnienia osiemdziesiątej trzeciej rocznicy krwawej niedzieli na Wołyniu…

O orderach…

O orderach…
Kamil Olszówka

Nie odznaczajmy polskimi orderami,
Tych którzy katom przodków naszych,
Uniżone oddają dziś pokłony,
Olbrzymie stawiając im pomniki.

I tych którzy plują nam w twarz,
Zwyrodnialców wynosząc na piedestał
I z haniebnego zakłamywania historii kart,
Czynią podły swój zwyczaj.

I nie szczędząc swych hołdów,
Bandom rabusiów i nikczemników,
Prawa odmawiają do godnego pochówku
Bestialsko zamordowanemu dziecięciu…

Niech przepiękne polskie ordery
Przenigdy nie zdobią piersi,
Ludzi cynicznych i podłych
Zapamiętałych w swej dwulicowości,

Którzy przyjmując naszą pomoc,
Z wyrachowania niekiedy nam przytakując,
Zarazem jawnie oddają honor,
Przodków naszych bezlitosnym mordercom,

Którzy fladze biało-czerwonej,
Jawnie okazując pogardę,
Czerwono-czarną zarazem czczą szmatę,
O pomordowanych Polakach plugawiąc pamięć…

A gdy jedynie pogardą,
Fałszywi przyjaciele nam odpłacą,
Pobiegnijmy zaraz swą myślą,
Ku polskim odwiecznym prawdom,

Że nie ma rzeczy cenniejszej,
Niż ojczystej historii umiłowanie,
Prawdziwym jest ona nam skarbem,
Dziś i przez stulecia kolejne!…

– Wiersz napisany dla uczczenia odebrania Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu.

Księżyc i krople rosy

Księżyc i krople rosy
Kamil Olszówka

W jasną księżycową noc,
Gdy skrzaty i chochliki podobne zjawom,
Kłaniają się przyrody sekretom,
Próbując sobie zjednać ich przychylność,

Skrzący w pełni srebrzysty księżyc,
Odbijając się w setkach kropel wieczornej rosy,
Zapytał wyniośle każdej z nich,
Czy więcej swego blasku im użyczyć,

Te między sobą się naradziwszy,
Opiniami swymi wymieniwszy się w skrytości,
Nie czekając dłużej ni chwili,
Odparły zaraz dumnemu księżycowi…

– Nie potrzebujemy twej łaski,
Gdyż ty sam, choć taki dumny,
Jesteś jedynie sługą naszej planety,
Niczym paź królowej swej wierny,

A naszymi paziami ,
Oddanymi nam i wiernymi,
Są niezliczone świętojańskie robaczki,
To ich blaskiem nocami się cieszymy,

Bo tak naprawdę każda z nas
Jest niczym maleńka planeta,
Wszelakich niepojętych sekretów pełna,
Strzeżonych przez upływający czas,

Nieprzebranych łąk połacie,
Otulone wielkim zieleni płaszczem,
Tak rozległe i ogromne,
Niezbadanym są naszym kosmosem,

Bowiem niczym olbrzymie planety,
Ukryte w czeluściach nieznanych galaktyk,
Choć maleńkie także i my,
Ukryte jesteśmy pośród tej łąki,

A ta niewielka pobliska rzeczka,
Tak skromna, czysta i cicha,
Jest nam niczym nasza Droga Mleczna,
Równie co i ona tajemnicza,

Niczym gwiazd niezbadanych,
Niedosięgłych, złocistych i skrzących,
Także i nas maleńkich kropel rosy,
We wszechświecie tym są miliardy…

– Wiersz ten dedykuję znakomitej poetce kryjącej się pod pseudonimem JaSnA7 w podziękowaniu za te wszystkie pochlebne komentarze jakie do tej pory pozostawiła ona pod wierszami mojego autorstwa.

Na uczcie u Wierzynka…

Na uczcie u Wierzynka…
Kamil Olszówka

Najprzedniejszego wina kropelka,
Wypadłszy z nachylonego złotego kielicha,
Spłynęła po brodzie dumnego króla,
Dziwiąc się pięknu jego oblicza,

Gdy tak bezładnie spadała,
Zachwycając się pięknem królewskich szat,
Całą jego sylwetkę ujrzała,
Widokiem tym do głębi poruszona,

W jednej krótkiej chwili,
Ujrzała wszystkich znakomitych gości,
Monarchów i dostojników z całej Europy,
Królów i arcybiskupów dostojnych,

I wielkim zapłonąwszy zachwytem,
Ujrzała całą odświętnie przystrojoną izbę,
Skąpaną w blasku niezliczonych świec,
Okraszoną szczęśliwych biesiadników nastrojem,

Na suto zastawionych stołach,
Nie zabrakło najwyszukańszych potraw,
Uginały się pod ciężarem mięsiwa,
A królowała niepodzielnie dziczyzna,

Widząc kunsztowne złote korony,
Zdobiące je krwistoczerwone rubiny,
Tak bardzo zapragnęła być jednym z nich,
Towarzystwa czystego złota zażyć,

Widząc lśniące królewskie płaszcze,
Najokazalszym futrem podszyte,
Być któregokolwiek z nich najmniejszym włoskiem,
Ośmieliła się zamarzyć skrycie,

Widząc wielkie złote misy,
Zachwycona blaskiem ich skrzącym,
Zapragnęła w sobie go odbić,
Lecz uniemożliwił to rozmiar jej mikry,

Widząc śnieżnobiałe obrusy,
Pozazdrościła im ich bieli,
Zamarzyła którykolwiek z nich splamić,
By na zawsze pozostać tylko z nim,

Lecz mim drgnęła króla powieka,
Skończył się krótki jej czas,
Była bowiem zbyt maleńka,
By dłużej niż króciutką chwilę trwać,

Gdy na posadzkę spadła,
W okamgnieniu się rozprysła,
Przez nikogo niezauważona,
Krótki żywot swój zakończyła…

Nie unieśmiertelnił jej swym piórem kronikarz,
Nie znalazła się na kronik kartach,
Lecz by nie pozostała zapomniana,
Skreślił wiersz o niej skromny poeta…

Znad oszronionych partyzanckich mogił…

Znad oszronionych partyzanckich mogił…
Kamil Olszówka

Śniłem dziś że jestem płomykiem znicza,
Upamiętniającym poległego przed laty partyzanta,
Tlącym się w cieniu brzozowego krzyża,
Smaganym wciąż przez zimny wiatr,

A choć wkoło sroga dotkliwa zima,
Naokoło mroźna noc głucha,
Jedynie nikły srebrzystego księżyca blask,
Tańczy na wielkich śniegu połaciach,

Na oszronionej partyzanckiej mogile,
W mroku nocy migocąc samotnie,
Głośno krzyczę o należną mu pamięć,
Choć wkoło tylko śnieżne zawieje,

Lecz może tej nocy mój krzyk,
Posłyszą choć duchy przeszłości,
By opowiedzieć o ciężkiej doli,
Setek i tysięcy partyzantów niezłomnych…

I znad oszronionych partyzanckich mogił,
Poniesie się cichy szept historii,
O czynach ich bohaterskich chwalebnych,
O Honorze nigdy nie zatartym…

Niekiedy kilku braci partyzantów,
Wszyscy rodem z jednego domu
Brało na siebie partyzanckiego życia trud,
Gdy zawezwało ich poczucie obowiązku,

Pozostawili rodzinne swe domy,
By trudom partyzanckiego życia czoła stawić,
Choć długimi nieprzespanymi nocami,
Wypłakiwały oczy za nimi ich matki…

Gdy tylko bladym świtem,
Skrzące gwiazdki na niebie,
Gasły jedna po drugiej,
Oni swe karabiny brali w dłonie,

Z rozległych lasów i nieprzebranych borów,
Gdy padał rozkaz do ataku,
Młodzi partyzanci wyruszali w bój,
Choć nieobce im było uczucie strachu…

Choć rozległe lasy i bory,
Wielkie czapy śniegu pokryły,
Oni niewzruszenie na posterunku wciąż trwali,
Mimo siarczystych mrozów Ojczyźnie swej wierni,

Przemarznięci, zziębnięci partyzanci,
Dotkliwym chłodem przeszyci,
Zmuszeni w leśnych bunkrach się kryć,
W milczeniu znosili losu przeciwności,

Nad dogasającym z wolna ogniskiem,
Ogrzewając w kilku zziębnięte dłonie,
Przemarznięte gwałtownie pocierając o siebie,
Z ust wdmuchiwali w nie parę…

Pamiętający kampanię wrześniową pistolet,
Często był największym ich skarbem,
Ostatnimi nabojami uzupełniając magazynek,
Strzegł go każdy jak oka w głowie,

Często zdobyczny trzonkowy granat,
Nikłą jedynie nadzieję dawał,
Na zadanie okupantowi dotkliwych strat
W kolejnych zasadzkach i potyczkach…

Nie straszne im były najsroższe zimy,
Wszystkie najcięższe wyrzeczenia i trudy
Z godnością w milczeniu wytrwale znosili,
Trwając na przekór okrutnemu losowi,

A rozłożyste drzewa oszronione,
Widząc ich smutek i niedolę,
Choćby najcichszym nawet szumem,
Pociechy zimą nie mogły im nieść…

I tysiącami niezłomni partyzanci,
W walce o naszą wolność polegli,
Choć często mizernie uzbrojeni,
Do walki z okupantem zawsze gotowi…

Dziś gdy ognia płomyki,
Tańczą nam wesoło w kominkach ceglanych,
Sypiąc niekiedy złote iskierki,
Cieszące tak oczy roześmianych dzieci,

Unosząc kubek gorącej herbaty,
Pobiegnijmy swymi myślami,
Ku tamtym partyzantom niestrudzonym,
Zmuszonym w rozległych borach cierpieć srogie zimy…

I za dusze partyzantów zapomnianych,
Których często nie znamy nazwisk,
Którzy grobów nie mają własnych,
W skupieniu i w ciszy gorąco się pomódlmy…

Bal jak za PRL-u…

Bal jak za PRL-u…
Kamil Olszówka

Bal jak za PRL-u…
A gdzie zawieruszyła się krztyna wstydu?
Czy może spadła pod stół,
Podeptana podeszwami butów?

Czy może w koszu na śmieci,
Przez wszystkich zapomniana czeka w samotności,
Aż ktokolwiek ją doceni,
Łaskawym wzrokiem na nią spojrzy…

Bal jak za PRL-u…
Pośród radosnych zabaw i śmiechów,
Potoków błahych niepotrzebnych słów,
Hucznie wznoszonych toastów,

Zrekonstruowane ZOMO-wców mundury,
Ubranych w nie statystów groźne miny,
W blasku trzaskających fleszy,
O zgrozo wielu cieszą dziś oczy…

Niegdyś ścieżki zdrowia,
W mundurze ZOMO-wca okrutny kat,
Zimna obskurna cela,
Trwożnie z Nadzieją wyszeptywana modlitwa,

Dziś strumieniami leje się szampan,
Wykwintne potrawy na suto zastawionych stołach,
Wzajemne głośne przekomarzania,
Głośne śmiechy do białego rana…

Niegdyś walka o Honor,
Brutalnie podeptana ludzka godność,
Tylu szczerym, oddanym patriotom,
Przez władzę w samo serce zadany cios,

Dziś głupota z pogardą,
Splecione z sobą więzią nierozerwalną,
Wśród elit niepodzielnie królują,
Najdrobniejszą krztyną wstydu pospołu gardząc…

Niegdyś a dziś

Niegdyś a dziś
Kamil Olszówka

Niegdyś z wieczornym zmierzchem,
Udawano się śpiesznie na sen,
By zaraz bladym wstać świtem,
Pracy na roli poświęcając się ciężkiej,

A liche małe gospodarstwa,
Dziedziczone z ojca na syna,
Pozwalały wszechobecną biedę przetrwać,
Przez kolejne wielodzietnych rodzin pokolenia…

Dziś uliczne latarnie,
Oświetlają długie ulice,
Choć niekiedy blask ich łapczywie,
Kradną zalegające brudne kałuże,

A głośnych dyskotek neony,
Odciągają od beztroskiej codzienności,
Tłumy nowoczesnej młodzieży,
Mającej w pogardzie ślady przeszłości….

Niegdyś w wielodzietnych chłopskich rodzinach,
Na kubek ciepłego mleka,
Czekała cierpliwie dzieci gromadka,
Biorąc go w ręce z wdzięcznością w oczach,

Jego gasnącym ciepłem,
Ogrzewając nieśpiesznie swe dłonie,
Nim kolejne długie zimne noce,
Odcisną się piętnem na ich dzieciństwie…

Dziś w wystawnych restauracjach,
Karty pełne wyszukanych dań,
Kuszą niejednego zamożnego klienta,
By gotówką bez opamiętania szastać,

Lecz za ich marmurowe progi,
Nie mają wstępu żebracy i bezdomni,
Bijącą z oczu pogardą naznaczeni,
Z pobliża ich zawsze przepędzani…

Niegdyś koń choćby w lichej stajni,
Skarbem był prawdziwie bezcennym,
Gdy w tamtych czasach biedą naznaczonych,
Ciężkiej doli mógł ulżyć,

A w każdym wiejskim domostwie,
Upadłą na podłogę chleba kruszynę,
Podnoszono zaraz troskliwie,
By nie podeptać jej butem…

Dziś biznesowi magnaci,
Na wystawne, pełne przepychu bankiety,
Podjeżdżają drogimi limuzynami,
By podkreślić wysoki swój status społeczny,

Lecz pośród wykwintnych potraw,
Na zastawionych białymi obrusami stołach,
Często dogadywaną jest korupcja,
Gdy w grę wchodzi kolejny wielomilionowy przetarg…

Niegdyś śmiertelne choroby
Przez długie lata dziesiątkowały
Populacje setek rozległych wsi,
Nie szczędząc maleńkich dzieci,

A o dzieciach z głodu i chłodu pomarłych,
Niegdyś w stuleciach minionych,
Nie pamięta dzisiaj już nikt,
Każdy woli tylko się bawić…

Dziś gdy w blasku fleszy,
Upływają celebrytom kolejne dni,
A terminy kolejnych operacji plastycznych,
Rezerwują z wyprzedzeniem wielotygodniowym,

By oszukując czasu upływ,
W oczach fanów im wiernych,
Czuli się zawsze piękni i młodzi,
Aż do samej trywializowanej tak śmierci…

Niegdyś w starych chłopskich rodzinach,
Gdy dobiegał końca panieństwa czas,
Warunkiem dobrego zamążpójścia,
Pokaźny dla córki był posag,

Pielęgnowaniu dziedziczonych domostw,
Przez pokolenia wszelkich starań dokładano,
Drewniane ściany wapnem bielono,
Obejścia starannie uprzątano…

Dziś po lichych chłopskich chałupach,
Zimne popioły dawno rozwiał wiatr,
Nie pozostał po nich najmniejszy ślad,
Wszystko wokół wysoka trawa porosła,

A sięgające nieba szklane wieżowce,
Nowych czasów milczącym są totemem,
Lecz otwartym pozostaje pytanie,
Czy czasy te od tamtych są lepsze…

Tylko nieliczne doczekały Wolności…

Tylko nieliczne doczekały Wolności…
Kamil Olszówka

Gdy przemocą odbierano je matkom,
Łez nie starczało zapłakanym oczom,
A bolesne uderzenie karabinu kolbą,
Dziecięce twarzyczki siniakami znaczyło,

Gdy pełen ciepła dom rodzinny,
Był już tylko wspomnieniem odległym,
Pośród nadchodzących strasznych chwil,
W głębi serca jedynie się tlącym,

Gdy Nadzieja z wolna już gasła,
W tylu tysięcy niewinnych sercach,
Niczym w popiołach maleńka skrząca iskierka,
Podmuchem zimnego wichru zdmuchnięta…

Z każdego niemal zakątka Polski,
Szczęśliwe i roześmiane niegdyś dzieci,
Z gwarnych, tętniących życiem miast ludnych,
Często z chłopskich chałup ubogich,

W wieku zaledwie kilku lat,
Trafiły do wzniesionego ludzkimi rękami piekła,
A z przerażeniem patrząc na podły świat ,
Nie rozumiały bezmiaru otaczającego je okrucieństwa…

Przewożone w wagonach bydlęcych,
Bez pardonu poddawane selekcji,
Na zdolne do katorżniczej, nieludzkiej pracy,
Na przeznaczone w objęcia śmierci,

Odczuły głośne ujadanie psów,
Przeszywający plecy zimny dreszcz strachu,
W młodziutkich piersiach brak tchu,
Stawianie nocami na baczność snów…

Gdy co rusz brakowało sił,
By wychudzonymi nogami powłóczyć,
A głośne obozowych strażników krzyki,
Nie pozwalały odpocząć ni chwili,

Radosnego dzieciństwa chwil beztroskich,
Przymuszone prędko zapominały,
Odtąd były już tylko numerami,
A życie ich wisiało na cienkiej nici…

Odtąd kaprys okrutnego SS-mana,
Wątłego kilkulatka pozbawić mógł życia,
Gdy uderzona kolbą karabinu czaszka,
Krwią tryskając na kawałki się rozpadała,

Niekiedy przeszyte bagnetem,
Umierały na oczach bezradnych matek,
Gdy matczyne łomotało tak serce,
A krzyki stłumione więzły w gardle…

Gdy liche baraki obozowe,
Noc litościwa oblepiła czarnym mrokiem,
A sroga jesień przeszyła zimnym wiatrem,
Nie bacząc na stłoczone w nich dzieci maleńkie,

Jeden koc lichy, potargany,
Na kilkoro przemarzniętych dzieci,
Odmrożone w zimowe noce bose nóżki,
Zaschnięte na policzkach gorzkie łzy,

Przenikliwy chłód w barakach,
Odbierająca zmysły za bliskimi tęsknota,
Setek małych towarzyszy niedoli płacz,
Do snu nie pozwalały zmrużyć oka…

Niekiedy nadpleśniały, surowy ziemniak,
Podłej polewki głodowa racja,
Starczyć musiały za posiłek całego dnia,
Choć nadludzkich wysiłków codzienna wymagała praca,

Niekiedy jedynie nadpleśniałego chleba okruchy,
Pusty żołądek musiały nasycić,
By nabrać tak potrzebnych sił
W tym ponurym i strasznym piekle na ziemi…

Niekiedy zastrzyk z fenolu w serce,
Niewysłowionych cierpień był kresem,
Gdy padało bezwładnie na ziemię
Kilkuletniego dziecka ciałko już martwe,

A Anioły pochylając się czule,
Ku niebu płacząc unosiły ich dusze,
By odtąd mogły cieszyć się Rajem,
Niewinne dzieci tak bestialsko pomordowane…

Tylko nieliczne doczekały wyzwolenia,
By poruszającym świadectwem być dla nas,
Tak zapatrzonych w postępowy świat,
O bolesnej historii nie chcących pamiętać,

Tylko nieliczne doczekały Wolności,
By dygocącym ruchem pomarszczonej dłoni,
Niewielki choćby zapalić znicz,
Tysiącom dzieci pomordowanych w obozach koncentracyjnych…

– Wiersz poświęcony pamięci polskich dzieci bestialsko pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych…

Krucyfiks

Krucyfiks
Kamil Olszówka

Gdy tylko doszły mnie słuchy
O tym strasznym akcie profanacji
Głęboko nim wstrząśnięty
Nie mogąc zebrać rozproszonych myśli

Widziałem oczami wyobraźni
Tamten zbezczeszczony krucyfiks
Z nienawiścią do kosza ciśnięty
Z pogardą wyrzucony między śmieci…

Do tamtej lekcyjnej sali,
Przenosząc się moimi myślami,
Duchem tam jedynie obecny,
Pozostając wszakże bezradny,

Z tamtego kubła na odpady,
Spomiędzy papierów zmiętych,
Zużytych długopisów starych,
Jedzenia resztek gnijących,

Tak bardzo chciałem go wydobyć,
Delikatnie obejmując palcami,
Z brudu i kurzu oczyścić,
Namoczoną chusteczką obmyć…

Tak bardzo chciałem go uszanować,
Czyniąc przed nim znak krzyża,
Na uniżenia i pokory znak,
Składając z czcią ręce do pacierza,

By go przebłagać i przeprosić,
Za to jak potrafią być podli,
Ludzie nienawiścią do niego przepełnieni,
Bez wyrzutów sumienia krztyny…

Tak bardzo chciałem go ucałować,
By przytulając do serca,
Przyobleczoną w najczulsze słowa,
Cichą modlitwę przy nim wyszeptać,

By ma gorąca modlitwa,
Z wielką czcią ofiarowana,
Dla wszystkich ziemskich królów króla,
Była niczym najwyszukańszy dar…

Na tamtej ogołoconej ścianie,
Miotany sprzeciwem i oburzeniem,
By oddać mu należną cześć,
W myślach chciałem zawiesić go ponownie,

A będąc tam obecny jedynie duchem,
Z kosza nie mogłem go podnieść,
Niewidzialne były me dłonie,
Czegokolwiek objąć niezdolne…

I myśląc jak mój ukochany Zbawiciel,
Potraktowany dnia tego był podle,
Bezradny siedząc przed monitorem,
Gorzką jedynie uroniłem łzę…

I jeszcze jeden tylko wers napiszę…
JEZU KOCHAM CIĘ!

– Wiersz ten jest moim osobistym wyrazem sprzeciwu wobec skandalicznej profanacji Krzyża jaka miała miejsce w szkole w Kielnie na Kaszubach.

Pożar kościoła Vondelkerk

Pożar kościoła Vondelkerk
Kamil Olszówka

Ponad stuletni zabytkowy kościele…
Nim strawiły cię ognia płomienie,
Piękno twe tak tajemnicze,
Zachwycało ludzi na całym świecie,

Tysiące wyszeptywanych w tobie modlitw,
Mury twe w pamięci zachowały,
Niczym wnętrze bogato zdobionej szkatuły,
Niezliczone drogocenne klejnoty…

Wystarczyła jedna sylwestrowa noc…
By zło na chwilę zatriumfowało,
Kiełkujące z wolna niepokoju ziarno,
W sercach milionów Chrześcijan zasiewając,

Choć tej jednej nocy strasznej,
Ogień szalał w całym Amsterdamie,
W cieniu kilkudziesięciu podpaleń,
Oczy świata skupiły się na tobie…

Niech ten przerażający pożar,
Wstrząśnie sumieniem całego świata,
Niech w umysłach milionów zrodzi się refleksja,
Dokąd zmierza dziś Europa,

Czy my jako światli Europejczycy,
Naprawdę tego dziś chcemy,
By w cieniu cichej islamizacji,
Kolejne europejskie kościoły płonęły…

Czy zachodniej Europy dzielnice,
Na pogrążanie się w chaosie,
Przez najbliższe lata kolejne,
Nieuchronnie są już skazane,

Czy może chrześcijańskie dziedzictwo,
Choć tak wyszydzane i dotknięte pogardą,
Uda się uchronić kolejnym pokoleniom,
Przed zniszczeniami i dewastacją…

Lecz niczym maleńka iskierka,
Tli się w naszych sercach nadzieja,
Że szalejących pożarów żar
Nie wszystko spopielić zdoła,

Chrześcijańskiego dziedzictwa fundament,
Choć nienawiść szaleje na świecie,
W przyszłości dla kolejnych pokoleń,
Zawsze trwałym już pozostanie…

Twa solidna struktura,
Pomimo niszczycielskiej siły ognia,
Na przekór złu całego świata,
Cudem pozostała nienaruszona,

Zewsząd ciche płyną modlitwy,
Byś na nowo odbudowany,
Oczy całego świata mógł cieszyć,
Jeszcze wspanialszy i piękniejszy!

Przy wigilijnym stole

Przy wigilijnym stole
Kamil Olszówka

Gdy pierwsza skrząca gwiazda,
Jakby zagubiona, maleńka, samotna,
Zamigoce na tle wieczornego nieba,
Oznajmiając wigilijnej wieczerzy czas…
A we wszystkich Polski zakątkach,
W przystrojonych odświętnie domach,
Trwająca od rana krzątanina,
Z wolna dobiegnie już końca…

W blasku świecy przy wigilijnym stole,
Zatańczą nasze świąteczne emocje,
Niewidzialnymi nićmi z sobą splecione,
Niczym złote włosy anielskie.

Strojna w bombki i łańcuchy choinka,
W blasku wielokolorowych lampek skąpana,
Ucieszy oczy każdego dziecka,
Błyszczącą betlejemską gwiazdą zwieńczona…
A pod choinką stareńka szopka,
Z pieczołowitością misternie wyrzeźbiona,
Opowie malcom bez jednego słowa,
Tę ponadczasową historię sprzed tysięcy lat…

W blasku świecy przy wigilijnym stole,
Biorąc ułożony na sianku opłatek,
Zbliżając się z wolna ku sobie,
Wszyscy wkrótce obejmiemy się czule,

Wnet z głębi serc,
Popłyną życzenia szczere,
W najczulsze słowa przyobleczone,
By drżącym od emocji głosem wybrzmieć…
Wszelakich sukcesów w życiu codziennym,
W szkole, w domu i w pracy,
Szczęścia, bogactwa, pieniędzy,
Lat długich w zdrowiu i pomyślności…

W blasku świecy przy wigilijnym stole,
Jedno pozostawione puste nakrycie
Echo dawnych zapomnianych już wierzeń,
Przypomni tamte stare tradycje,

Gdy pełna czerwonego barszczu chochla,
Dotknie ze stukiem każdego talerza,
A po przystrojonych odświętnie wnętrzach,
Rozniesie się już jego aromat,
Wybijający kolejną godzinę stary zegar,
Przypomni o upływających latach życia,
Gdy w kącie stara pozytywka,
Zagra kolędę znaną z dzieciństwa…

W blasku świecy przy wigilijnym stole,
Gdy za oknem prószy wciąż śnieg,
Tlą się w pamięci wspomnienia odległe,
Czasem mgłą niepamięci zasnute.

Przy wigilijnych potrawach,
Zajmie nas niejedna długa dyskusja,
O tym jak z biegiem kolejnych lat,
Zmieniała się nasza Ojczyzna…
A na przyszłe lata pewnie snute plany,
Przecinane przez głośne krzyki
W sąsiednich pokojach bawiących się dzieci,
Wzbudzą często serdeczne uśmiechy…

W blasku świecy przy wigilijnym stole,
Dadzą się czasem słyszeć szepty anielskie,
Tak melodyjne choć cichuteńkie,
W myślach naszych niekiedy odzwierciedlone.

Długie refleksyjne rozmowy,
W gronie rodziny i najbliższych,
Pozostaną w wdzięcznej pamięci,
Powracając na starość przyobleczone w sny…
A gdy czas włosy siwizną przyprószy,
Wspomnienie tamtych z dzieciństwa Wigilii,
Z oczu niekiedy wyciśnie łzy,
Otarte ruchem pomarszczonej dłoni…

Czerwonoarmiści

Czerwonoarmiści
Kamil Olszówka

Wokół sami czerwonoarmiści…
Brudni, zawszeni, pijani,
Zewsząd słychać głośne ich krzyki,
Przecinają pochmurne niebo z ich pistoletów strzały…

Zewsząd same przekleństwa,
Wzajemne głośne się przekrzykiwania,
Prymitywna sowiecka dzicz rozochocona,
Mająca w pogardzie boskie i ludzkie prawa…

Szorstka dłoń zaciśnięta na szyi,
Bezlitosnego oprawcy wzrok dziki,
Potęgujące grozę rubaszne ich śmiechy,
W rosyjskim języku chamskie docinki,

Brzuch przyciśnięty kolanem,
Wszelkie wyrwania się próby daremne,
Miotane wściekle wyzwiska obelżywe,
Przesuwające się po ciele brudne ich ręce,

Nieznośny odór samogonu,
Smród ruskich papierosów,
Z spękanych i obślinionych żołdaków ust,
Budził stłumiony wymiotny odruch,

W twarz wymierzony policzek,
Młodej dziewczyny urwany jęk,
Zdarty z szyi złoty łańcuszek,
Wokół na ziemi guziki rozsypane…

A z tysięcy bezbronnych Polek oczu łzy,
Zdławiony szloch w gardle więznący,
Dłonią na ustach stłumiony krzyk,
Pośród bezmiaru okrucieństwa płacz cichutki…

Pomocy znikąd!…
A wokół sama sowiecka swołocz,
Do skroni zimna przyłożona broń,
Zadany pięścią bolesny cios…

I tylko cicha paniczna modlitwa,
W sercu z wolna gasnąca nadzieja,
Gdy każda niepewności sekunda,
Zdawała się całą wieczność trwać…

I tylko strach paniczny,
Nieludzki, odbierający zmysły,
Wbijając się swymi szponami,
W umysły dziewcząt przerażonych,

Serce każdej z nich przeszył,
By wkrótce w wspomnieniach bolesnych,
Przez resztę życia się tlić,
Pozostając ukryty w podświadomości…

Bezmiaru nieludzkiego okrucieństwa,
Na zajmowanych przez sowietów obszarach,
Doświadczyła niejedna młoda Polka,
Topiąc swą rozpacz w niezliczonych łzach…

Oswobodziciele rzekomi,
Naprawdę mściwi bezlitośni kaci,
Zasiali swymi okrutnymi czynami,
Strach jakiego niepodobna opisać słowami,

Ludzie ci prymitywni i dzicy,
Na polskiej ziemi czując się bezkarni,
Niewysłowionych okrucieństw się dopuścili,
Zastraszaniem i groźbą zacierając ich ślady…

Lecz nam nie wolno zapomnieć,
Bólu tysięcy młodych tych Polek,
Które w latach wojny nieludzkiej,
Sowieckich żołnierzy padły łupem.

O ich niewysłowionym cierpieniu,
Winniśmy dziś mówić całemu światu,
Przypominając nieukojony ich ból,
Pokłosiem będący zdrady aliantów.

By zachłyśnięty nowoczesnością świat,
Choć przez chwilę się zadumał,
Nad tym jakie sowiecka Rosja,
Piekło tysiącom Polek zgotowała.

By ich niezliczone tragedie,
Z historii nigdy nie były wymazane,
A krzyż jaki niosły przez całe życie,
Dla cywilizowanego świata był sumienia wyrzutem…

– Wiersz poświęcony pamięci kilkudziesięciu tysięcy Polek które w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu padły ofiarą sowieckich gwałtów.

Jesienny wiatr

Jesienny wiatr
Kamil Olszówka

Zimny jesienny wiatr,
Szybując nieśpiesznie w przestworzach,
Widząc morze biało-czerwonych flag,
W widoku tym się zakochał.

I pędząc tak pod niebem Warszawy,
Zapragnął ku nim się zbliżyć,
By widokiem tym się zachwycić,
Tak bardzo nim zdumiony.

Nasz niegasnący patriotyzm,
Tyloma emocjami okraszony,
Najszczerszy jego wzbudził podziw,
Zimnego wiatru gorący rozniecił zachwyt.

W łopoczące biało-czerwone flagi
Zaplątały się jesiennego wiatru powiewy,
Pięknu ich nie mogąc się nadziwić,
Pięknem ich poruszone do głębi.

A wiatr między flagami wciąż tańcząc,
Ciekawsko się rozglądając wokoło,
Zachwycony nieskazitelną bielą i krwistą czerwienią,
Uniósł się ku pobliskim dachom.

I muskając łagodnie stare kamienice,
Gdzie historia w cegłach wciąż drzemie,
Zapytał się ich półszeptem,
O tak wspaniałego widoku przyczynę…

I opowiedziały mu kamienice stareńkie,
Niezłomnego i dumnego Narodu historię,
Jego bohaterskie, tragiczne dzieje,
Naznaczone tak bardzo bólem i cierpieniem.

I zimny jesienny wiatr,
W milczeniu się w nią wsłuchiwał,
Jakby tego szczególnego dnia,
W pamięci swej ulotnej chciał ją zachować.

I opowiedziały mu Ojców Niepodległości pomniki,
O uciemiężonego Narodu niegasnącej woli,
Mimo przeciwności losów wszelakich,
Tlącej się w pokoleniach kolejnych…

A ciekawski choć ulotny wiatr,
Mieszając się między wielki ten marsz,
Do serc dumnych Polaków zajrzał,
By odgadnąć drzemiące w nich marzenia.

Samemu będąc niewidzialnym,
Na pograniczu światów materialnych i duchowych
Dostrzegł niewidzialne te więzi,
Łączące Naród tak dumny.

A pozostając wiernym przyrody siłom,
Z praw natury się nie wyłamując,
Zamierzył oddać uniżony swój hołd,
Wspaniałym polskim patriotom.

I muskając łagodnie ziemię,
Uniósł złote jesienne liście,
Niczym niegdyś na polach bitew,
Dumni żołnierze sztandary łopoczące.

I uniesione podmuchem gwałtownym,
W poprzek placów i ulic szerokich,
By w powietrzu zaraz zatańczyć,
Jeden po drugim oderwały się od ziemi,

A ten wirujących złocistych liści taniec,
Dla dumnych patriotów był hołdem,
By zasłużoną oddać im cześć,
Szczerym wiatru dla nich pokłonem…

I roześmiane twarze dziecięce,
Operlił wnet jesiennym rumieńcem,
By namalowane na nich pędzelkiem,
Skrzyły się flagi biało-czerwone,

By choć na policzkach jedynie namalowane,
Gdy w objęcia nocy odpłynie już dzień,
Pamiętnych przeżyć rylcem
W dziecięcych sercach pozostały wykute…

A wiatr… już nie zimny…
Lecz nieznanym mu uczuciem rozpalony,
Samemu zapałał tej jesieni,
Miłością do barw tych szczególnych…

Nie mogąc osobiście uczestniczyć w wielkim Marszu Niepodległości w Warszawie, choć tym skromnym patriotycznym wierszem mojego autorstwa chciałbym połączyć się duchowo z wszystkimi jego Szanownymi uczestnikami…

Proszę szanownej krasuli

Proszę szanownej krasuli
Kamil Olszówka

Proszę szanownej krasuli…
Jesteś bezwzględną planety morderczyni!
Przeto że ośmielasz się puszczać bąki,
Nasycone tak bardzo metanem zabójczym…

Cała planeta dziś cierpi,
Przez wasze pełne metanu gazy,
O wy szalone, nieuświadomione ideowo krowy,
Gotowe nieświadomie ludzkość wygubić!

Cała planeta dziś płonie!!!
Jesteśmy już chyba ostatnim pokoleniem!
A ty o bezrozumna beztrosko skubiesz trawę,
Mieląc tylko tym krowim jęzorem.

Skończy się o bezrozumna twoja beztroska,
Planetę za wszelką cenę trzeba dziś ratować!
Nie oglądając się na opłacalność rolnictwa,
Krach branży mleczarskiej na giełdach…

Proszę szanownej krasuli…
Policzone są już naszej planety dni,
Jeśli zaraz nic z tym nie zrobimy,
Likwidując w krowich gazach metan zabójczy!

A jeśli wykrzyczane na wiecach argumenty,
Nijak się mają do rzeczywistości,
Ignorując ten drobny, nieistotny szczególik,
Oddajmy natychmiast głos rzeczonym:

,,O zgrozo nasze poczciwe mućki,
Produkują gaz dla atmosfery zabójczy,
Nawet nie zdając sobie sprawy,
Ze straszliwości swych przewin,

Krasule beztrosko się pasące,
Bombą są tak naprawdę z tykającym zapłonem,
Z każdym puszczonym na wiatr bąkiem,
Szkodząc bezbronnej atmosferze…”

Proszę szanownej krasuli…
Wstydu waćpani nie ma ni krztyny!
Tak beztrosko puszczać sobie bąki,
Nie bacząc na metan w nich zawarty,

Trzeba być bezrozumnym bydlęciem,
By tak bezlitośnie,
Tak cynicznie,
Systematycznie mordować całą planetę,

Z każdym krowim plackiem na łące,
Zwiększają się rozmiary dziury ozonowej,
A wy takowe produkujecie w nadmiarze,
Nie bacząc na tegoż konsekwencje,

Przecież na Marsa się nie ewakuujemy,
Gdy naszą Ziemię szlag już trafi,
Gdyż obcych planet jesteśmy niegodni,
Przez nasze względem klimatu przewiny.

Proszę szanownej krasuli…
Swobodę waćpani należy stanowczo ukrócić,
Poprzez zastosowanie rozwiązań radykalnych i skutecznych,
Nie oglądając się na takowych koszty,

Możesz nawet muczeć wniebogłosy,
Ale nie mamy zapasowej planety,
Jeśli zaraz czegoś nie zrobimy,
Niechybnie wszyscy wyginiemy!

Koszta uboczne roli nie grają,
Gdy w głowie takowe siedzi ,,ideolo”,
A stonowany ekspertów głos,
Przegrywa z w mózgach zrobioną sieczką.

I co szanowna krasulo powiesz,
Na takowych argumentów wiązankę,
Czy zechcesz potraktować je poważnie,
Skłaniając ku nim swe krowie serce???

– MUUUUUUUUUUUU!!!

Sobótka na Podhalu

Sobótka na Podhalu
Kamil Olszówka

Z sięgających nieba sobótkowych ognisk,
Iskry sypią się tysiącami,
Poproszę by sekret mi zdradziły,
Zdobycia mocy czarnoksięskich…

Zdradźcie mi zatem skrzące iskiereczki,
Nim zagaśniecie na wieki,
Ten jeden jedyny sekret szczególny,
Jak zostać czarnoksiężnikiem potężnym?

– Tej tajemnicy przenigdy nie zdradzimy,
Choćby nie wstać miał świt,
Posiąść bowiem mocy czarnoksięskich,
Godnym tak naprawdę nie jest nikt,

Bo choć dają uczucie potęgi,
Kryją za nimi się biesy,
Pod pozorem ziszczania marzeń najskrytszych,
Sączą one jad do ludzkich duszy…

Błysk spadającej gwiazdy,
Przeszył nocnego nieba mroki,
Zdradźcie mi zatem świętojańskie robaczki,
Gdzie na Podhalu ukryte są skarby,

Czy w skrzących zielenią dolinach,
Strzeżone upływem kolejnych lat,
Czy w wielkich jaskiń czeluściach,
Z czasem zapomniane przez świat?

– Tej tajemnicy przenigdy nie zdradzimy,
By mogli o nich wciąż śnić,
Chłopcy starymi legendami urzeczeni,
Gdy do snu rozmarzeni zmrużą powieki,

By rozbudzona senna wyobraźnia,
Gdy mrok okryje już świat,
Odmalowała nocą miejsca ich ukrycia,
Śpiącym młodzieńcom o czystych sercach…

Do uszu mych dobiega z oddali,
Górskiego strumyka szum cichy,
Zdradźcie mi zatem szumiące sosny,
Gdzie zbójnicy niegdyś ukryli swe łupy…

Czy w skrytkach najwyszukańszych,
Mocą tajemnych zaklęć je zapieczętowali na wieki,
Czy w zaroślach prędko dukaty swe rozsypali,
Co tchu uciekając przed hajdukami?

– Tej tajemnicy przenigdy nie zdradzimy,
Bowiem skarbów prawdziwych,
Winieneś poszukać w serca swego głębi,
W najgłębszych uczuć skrytości…

Tam bowiem i tylko tam,
Najprawdziwszy ukryty jest skarb,
Jakiego nigdy zamkowa nie strzegła straż,
Jakiego nie widziało oko żadnego zbójnika…

– Wiersz zainspirowany utworem ,,V mojej zahradôčke” w wykonaniu zespołu KOLLÁROVCI.

Patriotyzm naszych pradziadów

Patriotyzm naszych pradziadów
Kamil Olszówka

Patriotyzm naszych pradziadów…
Różnił się od tego z piłkarskich stadionów,
Nie potrzebował rozwrzeszczanych trybun,
A tlił się cichuteńko w szczerym sercu…

Nie były ważne nazwy miejscowości,
Wypisywane pośpiesznie sprayem czarnym,
Na łopoczących flagach biało-czerwonych,
Na wielkich stadionach widoczne z oddali,

Lecz wypisane w sercach złotymi zgłoskami,
Nazwiska wielkich bohaterów narodowych,
Nad książką w myślach złożony hołd cichy,
Chlubnym kartom polskiej historii…

Nie były jego atrybutem głośne wuwuzele,
Setkami co rusz odpalane race,
Pełne emocji wiwaty głośne,
Tysięcy kibiców wzajemne się przekrzykiwanie,

Lecz patriotyzmowi ich nadawało sens,
Że na każde ukochanej Ojczyzny wezwanie,
Bez zawahania za ojców swych ziemię,
Gotowi byli poświęcić życie…

Patriotyzm naszych pradziadów…
Wolnym był od wszelakich służalczości aktów,
Umizgiwania się do dwulicowych polityków,
Wchodzenia w kieszeń biznesowych magnatów,

Błyszcząca u boku szabelka,
Liczyła się bardziej niż sowita wypłata,
Na pierwszym miejscu zawsze była Ojczyzna,
Nie pochłaniała ich praca w zagranicznych korporacjach…

Nie był ważny wypchany euro portfel,
Liczyło się tylko swym wartościom oddanie,
W prawym sercu intencje szczere,
Wielowiekowych tradycji czułe pielęgnowanie…

Nie była ważna pogoń za sukcesem,
Rokroczne przychodów pomnażanie,
Dla każdego nadrzędnym było celem,
Służenie Polsce w dni codziennych trudzie,

Cotygodniowy bilans zysków i strat,
Bez reszty nigdy ich nie pochłaniał,
Największą wartością była dla nich służba,
Codzienna, wytrwała dla Ojczyzny praca…

Patriotyzm naszych pradziadów…
Nie wyrażał się w potokach zbędnych słów,
Lecz pełen był przykładów heroizmu,
Gotowości do ponoszenia wszelakich trudów,

By gdy nadejdzie godzina próby,
Na wezwanie Ojczyzny karnie się stawić,
W obronie krewnych i swemu sercu bliskich,
Nie zawahać się życia poświęcić…

I nie dawać posłuchu wrogiej propagandzie,
A kierować się rozumem i sercem,
A odebrane w dzieciństwie patriotyzmu lekcje,
Przekuć w dorosłości w czyny chwalebne,

By gdy wrogich mocarstw dywizje,
Bladym świtem przekroczą granicę,
Z klejących się powiek spędzając sen,
Sięgnąć odruchowo po karabinu kolbę.

I niewzruszenie trwając w okopach,
Po krótkim pacierzu o świcie się przeżegnać
I z karabinu mierzyć we wroga,
Bez zawahania oddając strzał…

Patriotyzm naszych pradziadów…
Ojczyzny swej umiłowanej wiernych stróżów,
W oczach znających ludzkie dusze aniołów,
Cenniejszym był od najwyszukańszych klejnotów,

Każda kropla krwi,
Uroniona w obronie ukochanej Ojczyzny,
Cenniejsza była od rubinów kosztownych,
Skrzących w słońcu dukatów szczerozłotych,

Każda odniesiona rana,
Na wielkich wojen o Niepodległość frontach,
Uznanie wszystkich rodaków zjednywała,
Cieszył się szacunkiem każdy polski weteran…

Pośród dni pełnych wyrzeczeń i trudów,
Pośród niezliczonych wojennych zawieruch,
Niczym skrzące iskry pośród zimnych popiołów,
Oni niewzruszenie trwali na posterunku,

By pomimo upływu kolejnych dziesięcioleci,
Pozostać dla nas przykładem niezatartym,
Jacy winniśmy być w czasach współczesnych,
Jakim winien być nasz patriotyzm…

Czym jest nasz dzisiejszy patriotyzm, w porównaniu z dawnym patriotyzmem naszych dziadów i pradziadów? Tamten niewątpliwie był niedościgłym wzorem… Obecnie nie przywiązujemy do patriotyzmu już tak wielkiego oddania, poświęcenia, gotowości do największych wyrzeczeń. Dawnemi czasy Polak dla Polski się rodził, Polsce oddawał każdy swój oddech, dla Polski umierał… Toteż patriotyzm dla dziadów naszych równie był ważny co Wiara w Boga. Kiedyś, kiedyś patriotyzm nie wyrażał się w potoku słów, próżnej gadaninie, lecz w wielkich czynach, o których przez lata zaświadczały blizny weteranów wojennych. Nasi dziadowie i pradziadowie w imię patriotyzmu zdolni byli do czynów tak wielkich, jakich nawet nie byli sobie w stanie wyobrazić ludzie z najodleglejszych zakątków świata!…

Gdzie przydrożne kapliczki bestialsko zniszczone…

Gdzie przydrożne kapliczki bestialsko zniszczone…
Kamil Olszówka

W cieniu smutnych drzew,
Gdzie przydrożne kapliczki bestialsko zniszczone,
Smagane nocami porywistym wiatrem,
Rzęsistym deszczem o poranku obmyte,

Niewidzialne anioły przystają,
W smutku pogrążone rzewnie się modląc,
A w skupieniu tajemniczych modlitw ich słowom,
Stare drzewa się przysłuchują…

Tak chciałyby swymi niewidzialnymi skrzydłami,
Rozbite rzeźby Maryi osłonić,
Przed nocnymi rzęsistymi ulewami,
Szalejącymi bezlitośnie wichurami,

Tak chciałyby móc uchronić,
Rozbitych figur Maryi choć szczątki,
By dało się je symbolicznie skleić,
Gorliwą pobożnością ludzi dobrej woli…

Niekiedy przy księżyca pełni,
Stoją tak zadumane anioły,
Nieznane ludzkości anielskie swe myśli,
Kryjąc w wielkich tajemnic wszechświata skarbnicy,

A choć nie słychać modlitw ich słów,
Kryją one moc nieznaną umysłowi ludzkiemu,
Krzewienia w świecie dobrych uczynków,
Czyniąc zadość przedwiecznemu zamysłowi Bożemu…

Choć widziały całej Polski maryjne sanktuaria,
Bazyliki liczące kilkaset lat,
Tym szczególniej zwyczajnie im żal,
Wiejskich kapliczek zniszczonych ręką wandala,

Choć nie były wpisane do rejestrów zabytków,
Zbudowanie ich wiele nie zajęło czasu,
Świadectwem były pobożności ludu,
Trwając na rozdrożach mimo lat upływu…

Widząc bezlitośnie zniszczone kapliczki,
Będące niezatartym śladem pobożności,
Niejeden anioł skrycie łzę uronił,
Ofiarowując Bogu swe gorące modlitwy.

I nad bestialsko zniszczonymi wiejskimi kapliczkami,
Smutne anioły w niebie ronią łzy,
Poruszone do głębi widokiem tym strasznym,
Nie mogąc cofnąć tych czynów haniebnych…

A skrzące aniołów łzy,
Podobne bywają gwiazdom niedosięgłym,
Tak bliskie im w swej tajemnicy,
Zakrytej przed pysznych ludzi umysłami…

A skrzące aniołów łzy,
Mają moc kruszenia w sercach nienawiści,
Wrogich Bogu grzeszników zatwardziałych,
Podnoszących rękę na przydrożne kapliczki…

Szacunek dla Żołnierzy Wyklętych…

Szacunek dla Żołnierzy Wyklętych…
Kamil Olszówka

Szacunek dla Żołnierzy Wyklętych…
W sercu każdego Polaka się tli,
Choć świat ułudą nowoczesności zaślepiony,
Zdaje się na złamanie karku pędzić…

Gdy zbrodniczego komunizmu macki,
Naszą ukochaną Ojczyznę oplotły,
Oni niewzruszenie na posterunku trwali,
Zawsze ideałom swym wierni…

Zimna rękojeść pistoletu,
Ostatni kęs chleba podniesiony do ust,
Przemoczony jesiennym deszczem mundur,
W partyzanckiej ziemiance dotkliwy chłód,

Były często ich codziennością,
Na którą niejedną księżycową nocą,
W cichych pacierzach skarżyli się aniołom,
Zwycięstwa nad komunizmem ufnie upraszając…

Lecz w tych strasznych czasach okrutnych,
Najbliżsi których musieli pozostawić,
Przenigdy o nich nie zapomnieli,
W sercach ich na zawsze pozostali,

Przez matki i żony wyszeptywane modlitwy,
W półmroku wielowiekowych kościołów gotyckich,
Mroźnymi nocami synów ich strzegły,
Przed strasznymi sowieckimi represjami…

Gdy mrok ziemię otulił,
Roniąc ukradkiem żołnierskie łzy,
Najbliższej przyszłości niepewni,
Wyszeptywali gwiazdom swe myśli,

Jedni marzyli o ucieczce na zachód,
W demokratycznym kraju bezpiecznym życiu,
Z dala od sowieckich mordów, rabunków,
Zarobionym w pocie czoła własnym groszu,

Inni za krzywdy najbliższym zadane,
Poprzysiągłszy komunistom krwawą zemstę,
Znosząc przeciwności losu wszelakie,
W uporze swym trwali niewzruszenie…

Zarówno na jednych i drugich,
W komunistycznym Raju na Ziemi,
Czekał szereg okrutnych represji,
Z ciężkim swym losem musieli się pogodzić,

Często podstępne aresztowanie,
Ponure ubeckie katownie,
Sfingowane procesy sądowe,
Dla wielu były śmierci wyrokiem…

Lecz przenigdy się nie poddali,
Strzegąc tej małej cząstki wolności,
Jaką był leśny obóz partyzancki,
W nieprzystępnych kniejach i borach ukryty…

Gdy z wolna zarysowywał się świt,
Wyruszali na kolejne zasadzki,
Nękali przejeżdżające sowieckie kolumny,
Toczyli z sowietami zażarte bitwy,

Z zdobycznych rkm-ów serie,
Dziesiątkowały sowieckie patrole,
Odłamkowych granatów eksplozje,
W rozległych polach niosły się echem,

Przed sowieckimi szykanami
Odważnie polskiej ludności bronili,
Wymierzali kolaborantom kary chłosty,
Pojmanych zakładników z rąk sowietów odbijali.

Płonęły Urzędy Bezpieczeństwa,
Gdy pod osłoną nocy w świetle księżyca,
Zajmowali niepostrzeżenie otulone mrokiem miasta,
Zabarykadowanym ubekom nie dając szans,

Często z ubeckich katowni,
Wydobywali wycieńczonych swych braci,
Bez zawahania oddając strzał celny,
Na okrutnych oprawcach wykonywali wyroki…

Wielu z nich zapłaciło najwyższą cenę,
Mężnie ginąc w nierównej walce,
W obronie Ojczyzny poświęcili swe życie,
Od Miłosiernego Boga otrzymując zapłatę…

Dziś tak wielu z nich,
Miejsc pochówku nawet nie znamy,
Zalany wapnem dół głęboki
Po wielu z nich zatarł ślad wszelki…

Lecz na zawsze w naszej pamięci,
Pozostaną niezłomni Żołnierze Wyklęci,
Pamięć o nich niewzruszenie się tli,
W duszy każdego szczerego patrioty…

– Wiersz opublikowany 1 marca w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Skokiem nieokiełznanego barbarzyńcy

Skokiem nieokiełznanego barbarzyńcy
Kamil Olszówka

Marzyłem by będąc wodzem barbarzyńskiego plemienia,
W pocie czoła bez chwili wytchnienia,
Zdobywać skarby całego świata,
Przy jaśniejących pełniach księżyca,

By będąc groźnym nieokiełznanym barbarzyńcą,
Na biegu historii odcisnąć swe piętno,
Dając się we znaki rozległym królestwom,
Założyć własną dynastię książęcą…

Marzyłem by w uporze swym niestrudzony,
Wyłowić kiedyś wszystkich mórz perły,
Narażając się na puste szczerozłotych gwiazd śmiechy,
Które z hebanowego nieba bogactwa ziemskich królów zliczyły,

By nie lękając się morskich potworów,
Dowodzić zgrają nieustraszonych piratów,
Dla nikłej choćby obietnicy łupów,
Gotowych zawsze narażać swego karku…

Marzyłem by spojrzeniem gorącym,
Niezliczone złote monety ze sobą zespolić,
By przepiękny skrzący naszyjnik,
W pocie czoła dla siebie z nich sporządzić,

By dnia każdego wbijał mnie w dumę,
Przepełniając wszystkich mych wrogów strachem,
O potędze w sławnych mych czynach drzemiącej,
Wszystkim napotkanym dając wyobrażenie…

Marzyłem by skokiem nieokiełznanego barbarzyńcy,
Dosięgnąć niezliczonych gwiazd skrzących,
Umięśnionym ramieniem wszystkie z nieba zagrabić,
Niczym bogate wojenne łupy,

By skokiem dzikiego jaguara,
Dosięgnąć srebrzystego księżyca,
Bez z zmierzwionej sierści uronienia,
Choćby jednego skrzącoczarnego włosa…

Marzyłem by swe lochy zapełnić,
Wypełnionymi po brzegi złotem kuframi,
Ukrytymi przed światem w jaskiniach niedostępnych,
Zacienionymi przez wieki chłodem wielkiej tajemnicy,

By niczyje inne lecz tylko moje,
Były skarby ukryte w każdej świata stronie,
By odpędziły wnet wszelką troskę,
Rozjaśniając swym blaskiem me chmurne oblicze…

Marzyłem by skrzącymi koliami,
Sporządzonymi pieczołowicie z najkosztowniejszych kamieni,
Ozdobić smukłe szyje księżniczek indyjskich,
Obsypując przy pełniach księżyca czułymi pocałunkami,

By przeglądając się w ich oczach,
Poczuć się królem całego świata,
Któremu nigdy nie była straszna,
Choćby najniebezpieczniejsza w jego dziejach przygoda…

W blasku zniczy

W blasku zniczy
Kamil Olszówka

W blasku zniczy migocących płomieni,
Smaganych zimnym wiatrem jesiennym,
Niejedno rzewne wspomnienie się tli,
Żarząc się skrycie w głębinach pamięci,

Niekiedy z dzieciństwa chwil beztroskich,
Niekiedy długich rozmów na progu dorosłości,
Z tymi, których ciała skryły mogiły,
Dziś już pośród nas nieobecnymi..

W blasku zniczy migocących płomieni,
Otulonych całunem jesiennej mgły,
Rzewne emocje dotykając strun wrażliwości,
Budzą szept niesłyszalnej ludzkim uchem melodii,

A tlące się w duszy wspomnienia,
Niejeden z przeszłości odmalowują obraz,
Widzianego oczami dziecka świata,
Tak odległego od problemów dorosłego życia…

W blasku zniczy migocących płomieni,
Na grobach bohaterskich obrońców naszych granic,
Którzy przed laty w wieku tak młodym,
Ukochanej Ojczyźnie ofiarnie życie poświęcili,

Z głębi serc modlitwy szczere,
Choć w proste tak słowa niekiedy przyodziane,
Gdy zabiegana ludzkość pędzi na oślep,
Tak wymownym patriotyzmu są dziś aktem…

W blasku zniczy migocących płomieni,
Pośród walecznych ułanów porośniętych mchem mogił,
Na polach wielkich bitew pamiętnych,
W obronie Ojczyzny przed laty poległych,

W ustawionych tak licznie jedne obok drugich,
Niewielkich zniczy wnętrzach szklanych,
Maleńki płomyk trwożnie dziś drży,
Ku wielkich bohaterów pamięci…

W blasku zniczy migocących płomieni,
Niosą się rzewne za zmarłych modlitwy,
Znad starych modlitewników kartek pożółkłych,
Wyszeptywane przez siwowłose schorowane staruszki,

Gdy w drżącej pomarszczonej dłoni,
Starego różańca przesuwane paciorki,
Ofiarowane za dusze ukochanych ich bliskich,
Skracają czas zasądzonych im mąk czyśćcowych…

W blasku zniczy migocących płomieni,
Gdy z oczu gorzkie jak piołun łzy,
Niedbale ruchem dłoni otrzemy,
By zapomniane na ziemię padły,

Niech zakiełkuje w naszych sercach Nadzieja,
Wiecznego życia po śmierci dostąpienia,
Gdy pocieknie ostatnia w życiu łza
I zamknie się już na wieki powieka…

W blasku zniczy migocących płomieni,
Gdy noc stare cmentarze otuli,
A jedynie księżyca poblask nikły,
Ześlizguje się po żelaznych bramach cmentarnych,

Jaśniejące pośród mroku światło zniczy,
Na tablicach nagrobnych rozświetlając litery,
Tajemniczej nocy snuje swe opowieści,
O tych którzy snem wiecznym zasnęli…