Tańczący ślimak

Tańczący ślimak
Zygmunt Jan Prusiński

TAŃCZĄCY ŚLIMAK

Pozdrawia mnie na odległość
jedyny przyjaciel jakiego mam
na balkonie piszę książkę
a on tańczy jakby chciał się pochwalić.

Niezły rozrabiaka z niego
ja już spokojny mędrzec liryki
nie bawią skoki i przesłania
czym się pochwalić wielkodusznie
że zjadłem trzy kilo czereśni…

Spokojnie przenoszę życie
wszędzie sam bez planu
o tak by przeżyć dzień
po cichu żeby komara nie zbudzić.

Idę poddany z nazwiskiem i imieniem
czasem zaśpiewam stare szlagiery
jak onegdaj ojciec grał na mandolinie
a mama śpiewała nam dzieciom w Otwocku.

To był koncert a tańczący ślimak
kierował się ku mnie wesoły.

7.09.2023 – Ustka
Czwartek 10:22

Bydgoskie zapiski

Bydgoskie zapiski
Zygmunt Jan Prusiński

BYDGOSKIE ZAPISKI

Otwieram książkę
jeszcze nie jest wydana
dopiero mam zamiar
na razie piszę tom
„Książę Zaułka”
w planie „Panna M” i
„Margot Bene”.

Odpoczywam na fotelu
syty miłością
meksykańskie potrawy jem –
to dzięki Margot
brzuch mi rośnie
koszule za ciasne
wygodnie podpieram się
wyobraźnią.

Mam przestrzeń
srebrny lot krokiem
powracającego –
kobieta czeka na sygnał
nie zagłusza chęci
pożądane ma swe rytmy
i całość poukładana
jak książki odbite w lustrze.

(Kochankowie z Warszawy)
autorka książki Elżbieta
Szempińska – Sobolewska
na pewno pisze następną
rozkładam ręce jak anioł
patrzę na okładkę
jabłka na stole i cisza
przed godziną piątą.

26.11.2015 – Bydgoszcz
Czwartek 4:39

Zimne echo

Zimne echo
Janusz Strugała
Puste ramiona, milczenie oczu
bezdomne myśli zwalniają oddech
zostały wspomnienia i tępy ból
na niebie ślady pragnienia

Pęka serce głodem samotności
w głowie gaśnie ogień miłości
tęsknoty cienie zasłaniają nadzieję
za horyzontem wołanie ciszy

Zimne echo tykającego zegara
głodem uczuć dzień zamyka
w ślepej ulicy giną marzenia
znów noc bezsenna, ciszą bezsenna
Struny gitary pulsują pod palcami
w nich giną słowa, milczy pamięć
Noc będzie pauzą, milczącą pustką
ciężarem martwym, bezludną wyspą

Ta miłość była ogniem, który nie parzył
odeszłaś nagle miałaś tyle odwagi
Otworzyłaś rany, goją się wiatrem
tyle obiecałaś, malowałaś dotykiem

Ta miłość była azylem choć krótkim i kruchym
wiarą w wspólne jutro, mostem do światła

Czas zatrzymał się w ciszy

Jesteś jak niewysłany list
w kopercie ciągle niedosyt
Słyszysz moje milczące wołanie
pieści każdy twój sen

Czas zatrzymał się w ciszy
mamy serca otwarte
Wyznajemy sobie miłość
spojrzeniami rąk przytulaniem

W krajobrazach myśli i uczuć
malujemy uniesień kolorami
Na płótnie dni świtami marzeń
zamykamy dary losu nam darowane

W rytmie namiętności
oddechów uniesień dotykaniem
Toniemy w czułości zdarzeń
są przeznaczenia kompasem

Budujemy dom nad rzeki brzegiem
kamienie losu łączą tę miłość
Melodią radości zaklinamy niebo
echa pocałunków płyną za horyzont

Smakuję twą bliskość
rytmami gorących pragnień
Kroplami szczęścia zroszeni
zamykamy dni emocjami nocy

Śnij ze mną, śnij kochanie
wybudzimy się w blaskach rozkoszy

Jesień i moje urodziny

Jesień i moje urodziny
Zygmunt Jan Prusiński

JESIEŃ I MOJE URODZINY

Miałem urodziny (30 Września)
spokojne bez alkoholu i bez gości
każdy swoimi sprawami zajęty –
kto by przypuszczał że w obecnym
systemie politycznym obyczaje i
tradycje zostaną przenoszone
do obrazów gdzie stoły nakryte
mięsiwem aż po brodzie tłuszcz
spływał jak ktoś w literaturze napisał.

I co z tego nawet nie przyznawać się
do tego że goście nie doszli – można
rysować jedynie farbami czy kredkami
że takowe były urządzone pod nutę –
za komuny tego nie było zawsze ktoś
przyszedł z kwiatami i prezentami.

Ale to nic można przeżyć tę pustkę
siedem lat nie używam alkoholu
a co do miłości to nie pamiętam kiedy
ostatni raz pieszczony byłem przez
mądrą kobietę – wszystko prawie schnie
na ekranie życia odzwyczajamy się
całkowicie od siebie nie ma rozmów…

Tylko Margot dała mi dwieście złotych
żebym sobie coś kupił to jasna kobieta
z zasadami jest wieczna w moich oczach
na swoje urodziny (16 Maja) otrzyma ode
mnie czterysta złotych – nawet jej o tym
mówiłem i tak kończy się ta urodzinowa
bajka o miłości i przyjaźni pomiędzy nami.

9.09.2024 – Ustka

Zimowy czas

Zimowy czas
Helena Krystyna Szymko

Pod białą pierzyną śniegu –
świat kładzie się do snu
pola, oddychają ciszą
drogi gubią swój ślad
a wiatr, ceruje niebo
srebrną nicią gwiazd

w białych pierzynach śniegu
zasypia cicho miasto
latarnie jak świeczniki
czuwają nad ulicą
zamknięte mroźne chwile
czekają na pierwszy dźwięk
na trzask wiosennego pąka
na słońca ciepły blask

i tylko nocna pamięć
wie, co pod bielą drzemie
to senne marzenia ukryte
pod białą pierzyną śniegu
tylko zegar – serce miasta
odmierza powoli czas
rozbrzmiewa biciem gongu
budzi się mroźny poranny brzask

Uroki jesieni.

Uroki jesieni.
Antonina Marcinkiewicz

Zielono, czerwono, żółto.
Mieszanka kolorów i barw.
Wiatr z liści dywany układa
i gwiżdże wesoło na świat.
A w parku na ławce marzyciel
wiersze układa o lecie.
Nie widzi uroków jesieni.
Ze wspomnień warkocze plecie.
Dookoła smutnieją drzewa
i kwieciste kobierce lata.
Jesień je mglistym światłem ogrzewa
a wiatr przekornie zamiata.
Marzyciel wciąż zamyślony
nie słyszy wiatru muzyki.
Nie czuje nawet jak w rytmie tym
tańczą mu włosów kosmyki.
Wiewiórka patrzy zdziwiona,
że człowiek nie czyta, nie gada.
Orzeszkiem nie poczęstuje.
Siedzi bez ruchu smagany wiatrem
na ławce zniszczonej przez lata.
Na innej ławce staruszek
łodzią wyobraźni dryfuje.
Plany na przyszłość układa.
Ten wiosnę w sercu wciąż czuje.

Nowy rok.

Nowy rok.
Antonina Marcinkiewicz

Zawitał wreszcie.
Stary sobie poszedł.
Chociaż mróz nosy czerwieni,
dzień rośnie po trosze.
Wróbelkowi serce rośne,
że wiosny doczeka.
Ja nadzieją karmię myśli,
że lato poczeka i zdrowie dopisze.
Kalendarz figlarz co prawda
rok mi dopisuje.
Rok to tylko liczba.
Wena przecież nie strajkuje.
Komórki pobudzi może.
Usprawni ręce.
Napiszą się humoreski
i wierszyki może o miłości.
Witam cię Roku z optymizmem.
Możesz się rozgościć!

Kruchość życia 2.

Kruchość życia 2.
Antonina Marcinkiewicz

Władkowi.
Tak nagle, po cichu,
zgasło mu serce.
Tak nagle, po cichu,
ostygły ręce.
– Chcę spać – powiedział.
– Zgaś światło córciu –
I usta zamilkły.
Oczy się zamknęły.
Zasnął przed świętami
Bożego Narodzenia.
Tam, po drugiej stronie
żona jego, a moja siostra,
czekała już od 26 lat.
Niecierpliwa, ciekawa jak zwykle.
Oczami wyobraźni widzę ją
biegnącą, witającą.
– Opowiadaj o córce i wnukach-
– Dlaczego masz siwe włosy
i takie krótkie? –
– Zaniedbałeś się beze mnie –
Mają dużo czasu na opowiadanie.

she’s gone

she’s gone
Agnieszka Zgórska

zostało krzesło przy stole,
co pamięta jej śmiech
i herbata, co stygnie szybciej
niż odwaga, by zapytać „dlaczego”.
miasto nie zauważyło niczego –
tramwaje jadą jak zawsze,
a tylko mój cień
nauczył się chodzić wolniej.
jej imię wciąż brzmi w powietrzu,
jak piosenka puszczona za cicho,
żeby bolało,
ale nie na tyle, by zniknąć.
she’s gone –
mówię to szeptem,
bo jeśli powiem głośno,
świat może uwierzyć

Tu umarła wiara

Tu umarła wiara
Agnieszka Zgórska

Kiedyś wierzyłam w coś –
bez tego ciężko żyć,
jakby powietrze miało sens tylko wtedy,
gdy wierzy się, że jest po co oddychać.
Marzyłam, bo wolno było marzyć,
bo noc jeszcze nie zabraniała snów,
a jutro nie miało zębów.
Nie chciałam być ludźmi –
ich głosami, ich maskami,
ich okrutną zdolnością do zapominania.
„Świat” –
w tym słowie było coś więcej niż kurz.
Radość splątana z lękiem,
miłość udająca prawdę,
fałsz, który potrafił przytulać.
Dziś nie wierzę w nic,
bo chyba nie potrafię.
Wiara wymaga rąk czystych od rozczarowań,
a moje są pełne popiołu.
Nie marzę już –
nie ma o czym marzyć,
gdy przyszłość jest tylko powtórzeniem ciszy.
Zgubiłam gdzieś prawdziwą siebie,
może między jednym „będzie lepiej”
a drugim „już za późno”.
Został cień,
który nosi moje imię
i pamięta wszystko,
czego ja już nie chcę pamiętać.

Na zawsze

Na zawsze
Helena Krystyna Szymko

Na zawsze pozostaniesz –
mego serca tajemnicą
uczuć szczerych i czystych
jak źródlana woda
może kiedyś – stanę się
obiektem twoich wspomnień
przypomnisz sobie tę magiczną miłość
i zatęsknisz za nią –
gdy pomyślisz o mnie

Urodziny Amelki

Urodziny Amelki
Ewa Walentyna Maciejewska

Ćwierkają wróbelki od samego rana,
że masz urodziny, Amelko kochana.
Płyną dziś do ciebie serdeczne życzenia –
w zdrowiu i radości spełniaj swe marzenia.
Miej przyjaciół dobrych, niech o ciebie dbają,
i swoją radością czule otulają.
Bardzo wielu przygód oraz snów magicznych,
niech króluje przyjaźń i zabawy liczne.
Skacz często do góry, humor miej w kieszonce,
dziecięcą fantazję niech ogrzewa słońce.
Zdmuchnij raźno świeczki z gór tortu słodkości,
i w tym dniu świątecznym przyjdzie mnóstwo gości.
Bądź gwiazdą na co dzień i świeć coraz jaśniej,
Anioł strzeże zawsze, światło twe nie gaśnie.

Nie jesteś

Nie jesteś
Marcin Olszewski

Różowy świat. Zgrabne, opalone ciała
Blask oliwki w słońcu, błysk w oku przy VHS
Bikini, apartamenty, aksamitne głosy, kadry
Jeszcze pokazujące niewiele. Zaraz się zacznie

Piękne kobiety, umięśnieni mężczyźni. Relacje
Pokazujące coraz więcej, w toni falujących ciał
Coraz dynamiczniejszych oddechów, oddanie
Zawsze z uśmiechem, przymkniętymi oczami

Rozchylone usta. Pozy dla niej. Dla niego
Jest dobrze. W odgłosach. Efektach. Kadrze
Lubią to. Widać że są zadowoleni. Ale akcja
Jak między kobietą a mężczyzną. W fabule

Bez fabuły. Liczy się akcja, reakcja, efekt
W ładnym kolorowym pudełku. Dlaczego
Nie jesteś jak one? Zawsze piękne, opalone
Uśmiechnięte. Oddające się bez reszty

Dlaczego nie chcesz byśmy robili co oni?
Być posłuszną, na każde moje skinienie
Nie wydajesz odgłosów jak one na ekranie
Dlaczego nie chcesz być przedmiotem?

Do realizacji zaspokojenia emocji z VHS
Przecież pokazują to co możemy robić
I to jest piękne. Różowy świat marzeń
Koniec filmu, kaseta wychodzi z odtwarzacza

Zwykły dzień. Złudzenia pozostały w głowie
Nie jesteś piękna. Opalona. Zgrabna
24/7 na moje skinienie do oddania się wszędzie
Nie jesteś przedmiotem. Lalką. Jesteś kobietą

Tak miało być. Gra. Reklamacje do pudełka VHS

Do życia. Gdzie nie jest tak jak w filmie

Dla tych, co wybrali Morze

Dla tych, co wybrali Morze
Alicja Nowak

Prolog
– Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.
W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.
Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką. Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.
Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.
Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.
Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.
– Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?
– Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.
Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.
– Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?
– Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…
– Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.
– Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.
Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.
– Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…
– Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.
Ojciec roześmiał się ciepło.
– Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.
Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.
– Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!
Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.
– Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.
– Jak tam się dostać, tato? – zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.
– I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.
– Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! – zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.
– Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce – powiedział, spoglądając w niebo.
Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.
Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier – testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.
Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

– zimowy letarg –

– zimowy letarg –
Ewa Walentyna Maciejewska

wzięła zima wszechświat w lodowe objęcia
zmroziła marzenia w kołysce księżyca
świat zastygł w bieli bezruchu poranka
śnieżne krajobrazy w letargu natury

wiatr prószy srebrem wirują piruety
zima kładzie ciszę na ustach i dłoniach
na lodowych soplach wygrywa etiudy
szary błękit nieba dzwoni echem dnia

uroku jej nie brak – to Królowa Śniegu
wkłada biżuterię cyrkoniowy blask
lecz piękniejsza od niej – potęga miłości
skruszy szklane ściany aż po życia kres

– w białym morzu namiętności –

– w białym morzu namiętności –
Ewa Walentyna Maciejewska

w białym morzu ludzkich serc
jestem jedną z miliardów fraktali
można tak pięknie różnić się
pozostać sobą w nieskończoności dali
utonąć w falach puszystych warkoczy
napisać wiersz, śmiać się i wzruszać
każda chwila zasługuje na wers
nawet zimą zapłonie róża
mroźny dzień zamieni się w pożar
kiedy mężczyzna kocha kobietę
w bezmiarze ciszy usłyszysz szept
poczujesz dotyk
przeznaczony wyłącznie dla ciebie

– biały taniec –

– biały taniec –
Ewa Maciejewska

ogrzeję chłody mroźnego poranka
w cudach przyrody zanurzę trosk ślady
na chwilę będę królewną i wróżką
rzucę zaklęcia w puchowe ogrody
w błękitnej dali niech płyną melodie
wiatr na gałęziach etiudy gra
uniosą ducha w niebo Anieli
na strunach wersów płyń radości w świat
sople zadzwonią zimowe adagio
a echo mrozu niesie się i trwa
sypie perlami pod nogi przechodniów
graj piękna zimo, śpiewaj nam i tańcz

Perspektywa

Perspektywa
Marcin Olszewski

Piękno, młodość. Perspektywa szybkiej kasy
Ciałem. Procent od stawki. Pierwszy raz. Poszło
Kolejne raz. Nic wspólnego z uczuciem. Przyjemnie?
Po kilkudziesięciu razach w ciągu dnia, tylko mrok

Zmęczenie. Instalacja siada pod czaszką. Alkohol
Sam przebieg usługi i zachowania ludzi. Jak nie masz
kobiety, przyjdziesz. Ciało towarem. Raz za razem
Jak w kołowrocie. Bez uśmiechu. Nienawiść do nich

Do samej siebie. Bo tak było łatwiej. Przynajmniej
na początku. Bycie usługą. Przez telefon wszystko
By przyszedł, zapłacił. Potem niech spada na drzewo
Wpływ kasy. Tak będzie zawsze. Złudne marzenie.

Przerywane blaskiem stroboskopów, shotami. Radością
Po której zostają łzy. Przekleństwa. Niespłacone długi
Za mało wpływów. Uroda już nie ta. Nie ma wiecznie
Na topie. Jak w lokalu. Wchodzisz, jesteś, wypadasz

Tysiące sms-em. Każdy już jest przyjacielem. Byle
Poratował przed pętlą egzystencji, zaciskająca się
Na szyi. Czynsz, chwilówki. Spłaty swoim ciałem
Tęsknota za matką, tęsknota za dzieckiem. Wybór

Nie zawsze prosty. Nie zawsze łatwy