Archiwum kategorii: Antonina Marcinkiewicz

Uczę się wiosny na pamięć

Uczę się wiosny na pamięć
Antonina Marcinkiewicz

Przepych natury
cud życia upaja pięknem
i uderza rajsko do głowy
sen bez końca
stać i patrzeć
słuchać i tańczyć
w rytm muzyki wiosny
dziękuję za zieleń drzew
kolory kwiatów
pieszczonych promieniami słońca
za rój motyli i szpaki
które uwiły gniazdko
pod moim oknem
chłonę ten cud skończoności
i te pocałunki wiosny
chcę by pozostały we mnie obrazami
na deszczowe dni
… gdy telefon milczy

Czasem

Czasem
Antonina Marcinkiewicz

Czasem bywa taki wiatr
co ulgę przynosi
rozwiewa smutne myśli
unosi ponad chmury

bywa taki deszcz
który rosą poranną
zmywa wszystkie niepewności
i nasyca kolory tęczą

czasem
woal przygnębienia rozpływa się
różowieje świat
wiara w przeznaczenie oddala wątpliwości
z ciemności wysypują się diamenty gwiazd
z promienną nadzieją patrzę w przyszłość

Zatrzymanie

Zatrzymanie
Antonina Marcinkiewicz

Uczucie pustki
tracisz poczucie bezpieczeństwa
lęk
boisz się ciszy
wszędzie stoisz na uboczu
szukasz po omacku
w odrętwieniu i mroku
pogłębia się rozpacz
nie potrafisz otworzyć serca na miłość
oczekujesz cudu
zdarza się że kierujesz oczy ku Bogu
i modlitwa staje się
balsamem na obolałą duszę

Światło w mroku

Światło w mroku
Antonina Marcinkiewicz

Poeta myślący i barwny
człowiek wśród tłumów
pisze
za każdym jego wersem stoją żywi ludzie
ze swoją bezradnością
zwątpieniem
tęsknotą
szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa
dzięki jego wersom
możesz odnaleźć swoją drogę
do tajemnicy światła w mroku

Pan Ja,

Pan Ja,
Antonina Marcinkiewicz

Jest bardzo pewny siebie
żyje i pracuje tylko dla siebie
uważa się za pępek świata
głuchy na wszelkie prośby
ślepy na wszelkie znaki
zafascynowany własnymi myślami i korzyściami
nie można na niego liczyć

antena jego nie odbiera i nie nadaje
mało serca dużo arogancji
myśli że jest ważną figurą
a to po prostu trudny typ

nie da się z nim pojednać
zawsze jednak należy próbować

Nowoczesne dziwolągi słowne.

Nowoczesne dziwolągi słowne.
Antonina Marcinkiewicz

Pani marszałkini
z marszałkiem senatu
i pani senatora z panem senatorem
oraz pan poseł z panią posłą
chcą wejść do słowników
aż tak ich poniosło

czy zaakceptują to mózgi uczone

sprawa nie jest prosta
pani magistra z panią sędziną i psycholożką
wciąż dyskutują o tym dosyć ostro
no bo czy pan doktor z panią doktorą
i lekarz z panią lekarzą
a pan prezes z z prezesą na urzędzie
te dziwolągi akceptować będzię
co zrobi pan pedagog z panią pedagogią
i pan nauczyciel z nauczycielą
czy pracować z młodzieżą się ośmielą
nawet komputer podkreśla mi na czerwono
chociaż od sztucznej inteligencji strony mu płoną
do tego w telewizji kilka dni temu
pani ministra gościnią była
wszyscy byli uśmiechnięci
tylko ja zaniemówiłam

Spokojny sen

Spokojny sen
Antonina Marcinkiewicz

Wtulam twarz w wesołe kolory poduszki
w zasięgu wzroku na regale
mąż patrzy na mnie z fotografii
najładniejszą wybrałam z albumu
obok w kolorowej ramce zdjęcie siostry
glejak przerwał jej młode życie
a dalej rodzice kochani z najstarszą moją siostrą
wtuloną w ramię mamy
patrzą na moją samotność każdej nocy
nad głową stoi rzeźba kochanego
Anioła Stróża Pawła
czuję się bezpieczna w ich towarzystwie
milczeniem przywołuję sen

Ku pamięci

Ku pamięci
Antonina Marcinkiewicz

Dzień Babci I Dziadka tuż, tuż.

Starości nie wolno obrażać
tym bardziej że o nic nie prosi
cieszy się każda chwilą
dobre wspomnienia chce nosić
nie wolno nękać i straszyć
że kiedyś do domu opieki
uśmiechem witać ją szczerym
i podać w chorobie leki
zdjęcie z nią zrób na pamiątkę
byś mógł przypomnieć w przyszłości
że był ktoś kto cię kochał
przytulał pieścił i gościł
odkładał każdą złotówkę
na twoje wygodne życie
i teraz cieszy się widząc
że chociaż ty w dobrobycie
jednego pojąć nie może
dlaczego tak często się złościsz
zazdrość i gniew pielęgnujesz
rodziny życzliwie nie gościsz
ptakom sypiesz ziarenka
kotom czyścisz kuwety
drogą karmą ich karmisz
staruszków nie znosisz niestety
słowa czasem okrutne
jak nożem albo kamieniem
celnie kierujesz w ich serce
złej mocy to polecenie
a może tak zhardziałeś kochany
nurzając się w dobrobycie
i lękasz się ze starość dom twój zabrudzi
i… zakłóci… może pokrętne życie

Pochylmy głowy

Pochylmy głowy
Antonina Marcinkiewicz

Nie wojnom
wędrówkom bez celu
chleba nie broni
pokoju i bezpieczeństwa
precz przemocy i zabijaniu
60 wojen aktualnie na świecie
w okopach Bóg w przepasce na oczach
zamyka powieki konającym
potem długo modli się
i zaczyna pisać nową Ewangelię
i płacze nad tą zbiorową traumą narodów

Przemiany

Przemiany
Antonina Marcinkiewicz

Oglądasz czytasz i nasłuchujesz
zmiany przemiany
przeżyjesz poczujesz
i myślisz idąc po polskiej ziemi
co ci zostanie przechodniu niemy
z tych lawinowych przemian głębokich
czy fałsz się prawdą stanie teraz
czy prawda fałszem
i czy bez lęku otworzysz drzwi
i zaprosisz wędrowca
na puste miejsce przy stole

Starość

Starość.
Antonina Marcinkiewicz

Królestwo milczenia i cierpliwości.
Zamknięci w swoim losie
błądzimy po zakamarkach pamięci.
”Nasłuchujemy jak się w żyłach
przesypuje piasek
i w ciemnym wnętrzu biały rośnie kościół
z soli wspomnień, wapna i niewymownej słabości”
Zawał dopada przeważnie rano.
Z różańcem w ręku układamy
własną drogę do nieba.
———
Cytat z wiersza ”Modlitwa starców” Z. Herberta.

Biała dama

Biała dama
Antonina Marcinkiewicz

Wygrywa konkursy i wszystkie zakłady.
Wzrok orli i pamięć doskonała.
Ciągle w ruchu, nigdy nie zmęczona.

Mędrców nawet odsyła do wieczności.
Precyzyjna i zdrowa.

Nikt jej u siebie nie chce gościć.

Nie ma czasu na hipochondrię
i wczasy beztroskie.

Lekceważy wartości człowiecze i boskie.
Ciekawość ludzką otwartą zostawia.
Nie próbuj jej przechytrzyć
i nie obłaskawiaj.

Niepodległa

Niepodległa
Antonina Marcinkiewicz

11 listopada kraj flagami ozdobiła
strofami hymnu usta rozśpiewała
wspomnienia o bohaterach pamięci przywróciła
i serca młodych w sobie rozkochała
własna i wolna
krwią synów narodu zroszona
nasza biało-czerwona

Przemijanie

Przemijanie.
Antonina Marcinkiewicz

Jeden po drugim
spadają liście z drzewa mego życia
staram się aby pień
trwał chociaż ogołocony
i dawał oparcie mojej rodzinie
w niepamięć poszło
tyle dróg
tyle spraw
tyle chwil

WIELKA MIŁOŚĆ ANNY

Opowiadanie “WIELKA MIŁOŚĆ ANNY”
Antonina Marcinkiewicz

Nie wybierała czasu swoich narodzin i było jej obojętne, że urodziła się na łóżku kuchennym zatopionym do połowy nóg w wodzie przedostającej się z zalanej roztopami piwnicy.
Wrzaskiem oznajmiła, że żyje i żyć będzie na przekór toczącej się wojnie i kręcącym się po podwórku Sowietom. Była to druga dekada Wodnika zależna od planetoidy Prozerpiny dającej swoim podopiecznym talent inspirowania czegoś.
Zawiodła oczekiwania ojca, nie była upragnionym chłopcem, lecz dziewczynką z rudymi rzęsami i rudymi sterczącymi pejsami. Ojciec stwierdził filozoficznie, że piękno na ogół wychodzi z wnętrza i jest pewien, że w tym przypadku wydostanie się kiedyś na zewnątrz.
Nie zainteresowały jej te rozważania. Brzydka, to brzydka. Wyspać się chciała z wreszcie rozprostowanymi kończynami przy piersi matki.
Pomimo biedy i niewygód rozwijała się nad wyraz szybko zadziwiając rodzinę, która bacznie ją obserwowała oczekując na moment objawienia się piękna drzemiącego ponoć w jej wnętrzu.
Barwna i radosna niczym motyl śpiewała, tańczyła, organizowała zabawy podwórkowe i zadziwiała pomysłami. Ojciec nazywał ją skowronkiem, siostry podkpiwały, bo ciągle urodą im nie dorównywała.
Uczyła się dobrze. Pięknie czytała, co wykorzystywali nauczyciele zatrudniając ją do głośnego czytania lektur w różnych klasach.
Przyjaźniąc się z całym światem, nie przyjaźniła się właściwie z nikim. Radosna indywidualistka okazała się uduchowioną marzycielką posiadającą wewnętrzny krajobraz. Z książką i kromką chleba znikała coraz częściej na kilka godzin w brzozowym zagajniku, siadała pod rozłożystą brzozą, której zwisające gałęzie tworzyły ochronny parasol zapewniając dyskrecję i intymność. Wyobraźnią kreowała nowy, fikcyjny, ale barwny i pulsujący życiem świat. Wchodziła do niego i zamieniała się w księżniczkę. Służba pałacowa zmieniała jej stroje i donosiła wykwintne potrawy, a piękni młodzieńcy ubiegali się o jej względy. Stąd w niedzielę wyruszała eleganckim powozem do kościoła i na wycieczki do nieznanych krain.
Mijały lata. Szkołę średnią i studia ukończyła w miastach odległych od domu rodzinnego i wykreowanego fantazją świata. W wolnych chwilach tęskniła. W każde ferie i wakacje wracała ubogacona wiedzą i doświadczeniem. Fizyczność jej piękniała, co zauważyła cała rodzina i wielu młodzieńców. Brzoza chroniąca wejście do baśniowego świata rozrosła się, co zwiększało jej dostojeństwo i magię. Anna, ukryta za szczelną otuliną z gałęzi, znów wkraczała do swego pałacu, w którym od pewnego czasu czekał ukochany „On”, książę Jerzy. Był tak piękny i tak prawdziwy, że czuła dotyk jego rąk i żar pocałunków. To była jej wielka, pierwsza miłość. U realnych adoratorów szukała podobieństwa do „Niego”, nie znajdując, odpychała. „On” był przy niej. Czuła go emocjonalnie, każdym zmysłem. „Jego” obecność wypełniała jej przestrzenie.
Nagle spadł na nią lodowaty deszcz realiów. Śmierć rodziców, sprzedaż rodzinnego domu i brzozowego zagajnika zamknęły etap radosnego, zawieszonego między niebem a ziemią dzieciństwa. Żegnała się płacząc. Robiła pamiątkowe zdjęcia. Płakała jeszcze w autobusie wiozącym ją do Warszawy, gdzie miała podjąć pracę stomatologa w pewnej szkolnej przychodni.
Przez dwa następne lata adaptowała się w nowym środowisku. Zaprzyjaźniła się z młodym radcą prawnym, który zajmował się jej sprawami majątkowymi. Nie odmówiła też, gdy pewnego dnia poprosił o rękę. Był odpowiedzialnym, uczciwym i przystojnym mężczyzną, któremu urodziła dwoje dzieci. Tworzyli kochającą się i szczęśliwą rodzinę, w której kultywowanie tradycji i szacunek dla przeszłości połączyli z wdrażaniem i akceptacją walorów nowoczesności.
Czas płynął. Wykształcone dzieci usamodzielniły się. Dom się wyciszył. Oddalił się świat magicznego dzieciństwa. Dotyk czasu uwidocznił się w bolących stawach nóg i kręgosłupa. W lipcu, mając pięćdziesiąt osiem lat, wyjechała do sanatorium w Busku Zdroju. Korzystała z zabiegów, chodziła na spacery i dużo czytała.
Pewnego dnia wybrała się na koncert. Wchodząc, zderzyła się w drzwiach z wychodzącym mężczyzną.
– Przepraszam. Gapa jestem – powiedziała.
Stał przed nią dojrzały, elegancki sześćdziesięciolatek. Patrzył rozbawiony, ciepło i serdecznie. W oczach miał lśniące iskierki, czyli „to coś”, z czym pożegnała się dawno, „to coś”, co posiadał „On” – baśniowy książę Jerzy. Zadrżała. Świat zawirował. Nie potrafiła skupić się na koncercie. Podświadomie czuła, że urzeczywistnia się zaprojektowany w dzieciństwie świat.
– To nie może być przypadek – pomyślała.
Czuła, że z tym mężczyzną pójdzie wszędzie, zatraci się na dobre i złe.
Nagle na ekranie pamięci ujrzała swoją rodzinę i męża, który pisał, że czeka i tęskni.
– Wyjechać! Natychmiast uciec! Jutro wyjadę… Tylko ten wspólny wieczorek pożegnalny, na który wypada pójść z koleżankami.
Weszła do kawiarni, a pierwszym mężczyzną, który poprosił ją do tańca był ten od zderzenia – Janusz z Krakowa. Nie potrafiła tańczyć, nogi się plątały a serce kołatało jak szalone.
– Zwariowałam – pomyślała.
Janusz patrzył ciepło i lekko tulił.
– Ja czuję podobnie. To przeznaczenie – powiedział.
Pierwszym nocnym pociągiem wyjechała bez pożegnania z kimkolwiek, zarywając dwa dni kuracji.
Od tego dnia minęły dwa miesiące. Pracowała, próbując zapomnieć o tym zdarzeniu.
– Ot, zmysłowe zauroczenie – pomyślała. – Czas obudzić się ze snu o zaczarowanym świecie.
Mąż chory na serce wymagał wsparcia, a chorujące wnuki opieki.
W październikowy piątek, gdy kończyła pracę, marząc o wolnym weekendzie, pielęgniarka zapowiedziała jeszcze jednego pacjenta. Wszedł uśmiechnięty Janusz. Zadrżała.
– Przyznam, że jest pani mistrzynią ucieczki – powiedział. – Odnalazłem panią dzięki pomocy znajomych z NFZ. Trochę to trwało, ale i tak jestem szczęśliwy.
Przymknęła oczy. Otworzyła. Był. Nie odchodził. Zwariowane serce szalało, a ciało wypełniało się płomienistym oddechem.
To popołudnie i noc spędzili razem. Otworzyła się na tę miłość niczym młoda dziewczyna. Słabość stawała się siłą, a strach odwagą. Czuła się księżniczką przy boku swego księcia. Po raz pierwszy skłamała mężowi, wymyślając jakąś historyjkę o babskim spotkaniu, a potem już nawet nie musiała nic mówić. Mąż czuł i nie pytał o nic, gdy dwa razy w miesiącu znikała z domu na całe weekendy.
Spotykali się w malowniczo położonym motelu za Warszawą. Kochali się. Przepełnione miłością serca biły w jednym rytmie. Czuli oboje mocno i głęboko. Marzyli o wspólnej przyszłości. On był wdowcem. Żona zginęła w wypadku samochodowym, a jedyny syn mieszkał z rodziną w pobliżu Krakowa. Był pierwszą osobą, której zwierzyła się ze swojej tajemnicy. Wtulona w ciepło jego ciała opowiadała o brzozowym zagajniku, baśniowym świecie i księciu Jerzym. Kolorowe obrazy z dzieciństwa malowała słowami dojrzałej, zakochanej kobiety.
Nie mogła jednak wziąć obiecanego rozwodu. Nie potrafiła tego zrobić chorującemu mężowi, którego nadal darzyła przyjaźnią i uczuciem.
W czerwcu następnego roku zaplanowali z Januszem wczasy w Krynicy Górskiej. Przyjechała wcześniej. Czekała. Nie przyjeżdżał. Telefon milczał. Trzeciego dnia do jej drzwi zapukał młody mężczyzna. Domyśliła się od razu. Był bardzo podobny do ojca. Paraliżujący lęk ogarnął ją całą. Zrozumiała, że stało się coś złego.
– Zginął w wypadku samochodowym – powiedział syn. – Bardzo panią kochał. Prosił, aby przekazać tę kopertę i album. Proszę.
Otworzyła. Litery zlewały się. Zapisał jej działkę z brzozowym zagajnikiem pod Krakowem. Będzie mogła tam wypoczywać i wspominać. Album zawierał zdjęcia ukazujące piękno działki.
– Nie mogę przyjąć. Co powiem rodzinie? Proszę zabrać.
Żegnając się, syn zapewnił, że jej decyzja niczego nie zmienia.
– Ta działka zostanie pani własnością. Proszę pamiętać.
Długo płakała.
Wkrótce zmarł jej mąż. Przeszła na emeryturę. Dzieci rozjechały się po wielkim świecie. Została sama. Pewnego czerwcowego popołudnia wykręciła numer telefonu syna Janusza.
– Chcę przyjechać.
Przywitał ją letni domek pomalowany na okoliczność jej przyjazdu na płomienistopomarańczowy kolor, który kontrastował z bielą kory i zielenią liści brzóz. Przy wejściu puszył się olbrzymi krzew czarnego bzu. Widok ten podziałał jak balsam na strapione serce, które wypełniło się znów wdzięcznością i miłością. Każdą cząsteczką ciała i duszy czuła jego obecność.
– Dziękuję! Kochany…
Weszła do wnętrza domku, na ścianach którego igrały wdzięcznie promyki słońca. Na mahoniowym biurku ujrzała fotografię Janusza. Obok niej leżał otwarty zeszyt i wieczne pióro zachęcające do pisania.
– Jego pióro – pomyślała.
Usiadła na ciężkim, stylowym krześle. Na pierwszej stronie zeszytu wykaligrafowała dużymi literami: „Wewnętrzne krajobrazy”, a pod nim wersy, które stały się mottem jej pierwszego tomiku:

Marzeniami maluję
wewnętrzne krajobrazy
dzięki nim
otwieram drzwi
do prawdziwej miłości

Kiedyś mówiła

Kiedyś mówiła
Antonina Marcinkiewicz

Kiedyś mówiła
marzeniami kreuję wewnętrzne krajobrazy
i otwieram drogę do prawdziwej miłości
dzisiaj nawet marzyć jej się nie chce
resztki wrodzonego poczucia humoru
są jej tarczą która unieszkodliwia rzeczywistość
i chroni przed światem jej ośnieżoną dojrzałość

czasem tajemniczy uśmiech muska jej usta
tańczy wtedy w objęciach wiatru
a może… oszukuje ból

Plener w starym dworze

Plener w starym dworze
Antonina Marcinkiewicz

Miejscowość Strzyżew Dwór
starym dworem się szczyci.
Wszystkich zaprasza, każdego zachwyci.
Przez 5 dób tam byłam, uwierzcie proszę.
O tym co było poniżej donoszę.
We dworze straszą duchy i dama,
co krąży nocą po pokojach sama.
Cała jest w bieli, szaty i lica.
Niektórzy twierdzą, że to dziewica.
Inni zaś mówią,że za mężem płacze,
że dzieci szuka, ot życie tułacze.
Aż żal!
Ja się nie bałam, ciekawość górą.
Popatrzeć, posłuchać wbrew ludzkim bzdurom.
Za zaszczyt sobie wręcz poczytuję,
że tam plener miałam,do dziś ich oddech czuję.
Bez polityki, PO i PiS-u,
miły dodatek do życiorysu.

Czerwcowy marsz 2023

Czerwcowy marsz 2023
Antonina Marcinkiewicz

Kraju mój z wierzbami, brzozą, kasztanami.
Kraju, w którym patriotyzm różnie rozumiany i
malowany często bolesnym słowem.
Rozdarte serca.
Niespokojne myśli.
Brak porozumienia.
Dlatego wyszli na ulice w czerwcową niedzielę bieżącego roku.
Przekonani i pewni swych racji.
Zwolennicy PO i życzliwych nacji.
Szli.
Ze słonecznym godłem na piersiach.
Pod słonecznym polskim niebem.
Z całego kraju jechali godzinami z nadzieją,
że się uda, że PiS zobaczy, zrozumie, przerazi,
do sumień swych przemówi i się nie obrazi.
Szli.
Od Placu na rozdrożu do Placu Zamkowego.
Wiatr łagodnie pieścił Biało-Czerwoną
i Unijną w gwiazdy radosne.
Napisy na banerach celowały bezbłędnie
w aktualną władzę, prezesa i kota.
Szli w rytm muzyki, skandując patriotyczne hasła,
otoczeni kryjącym się kordonem policji.
Premier Tusk ich witał na Placu Zamkowym.
Uskrzydlała go radość z udanego projektu.
Przemawiając obiecywał wierność Polsce.
Emanował wiarą w zwycięskie ,jesienne wybory.
Hymn Polski wybrzmiał z 500-set tysięcy piersi
i odbił się echem w całym kraju.
Odjeżdżali pełni nadziei na lepsze jutro.
Wracałam przed końcem pieszo jak większość.
Smutek niosłam w sercu .
Nie taki marsz chciałyby oglądać oczy w wolnym kraju.
W wieczornych Wiadomościach PiS podał informację
o 150 tysiącach uczestników marszu.
No cóż! Liczenie nie było nigdy ich mocna stroną!

Samotność

Samotność.
Antonina Marcinkiewicz

Znalazła przystań na ławeczce w parku
pod płaczącą wierzbą.
Rzeźbione latami rysy twarzy
rozświetlały się na widok łabędzi
kołyszących się na wodzie jeziorka.
Laseczka góralska odpoczywała obok.
Minął kwiecień, maj rozsiewa uroki.
Łzy deszczu już wiele razy obmyły pustą ławeczkę.
Czy on otuli ją jeszcze ciepłem życia?

Moja wena.

Moja wena.
Antonina Marcinkiewicz

Czyżby wyjechała na wczasy
przewietrzyć mózg
i ożywić uśpione centrum fantazji?
Kołyszę się rytmicznie w bujanym fotelu.
Kiwam głową.
Drapię się za uchem co 3 sek.
Nie przychodzi.
Jeszcze niedawno wyglądała
jak dystyngowana dama
w świetnej formie.
Potrafiła rozbawić i zadziwić.
Teraz wyglądamy obie
jak byśmy wróciły z demonstracji przeciwko biedzie.
Wracaj kochana.
Czekam.