Archiwum kategorii: Marek Górynowicz

Roma

Roma
Marek Górynowicz

Na kamiennych schodach
czarny kot
oparty wąsem
o Koloseum
rozłożone niczym dziurawa
muszla pod rzymskim niebem
skropione rdzą czasu
uśpione.
Zmarszczki murów
leniwie tworzą
obraz przemijania
odbity
w kocim spojrzeniu
jak w bezmiarze wieczności

primavera

primavera
Marek Górynowicz

wybuchnęłaś wiosną
uśmiechem
po lewej stronie wiersza
musiało się wydarzyć
to niedzielne spotkanie

zagubiona jaskółka
co prawda
były dwie
nad krawędzią pustej kartki

zanim pojawiły się słowa
czekałem na końcu zdania
padał deszcz
a ty recytowałaś swoje niebo

agonia leśnej iluzji

agonia leśnej iluzji
Marek Górynowicz

z gałęzi snu zrzucił nas poranny wiatr
w obłokach niedospanej nocy
wierciły się nasze myśli
owady wędrowały przez las

potem spadł purpurowy deszcz
zmył ostatnie słowo z suchego języka
i zielone metafory
świerszcz grał jeszcze przez chwilę

mgła

mgła
Marek Górynowicz

zerkamy w gwiazdy
potem logujemy się w mętnej ciszy
las ma kolor nocy
taki nijaki
ostatnia przyczajona butelka czeka
na polanie

na Facebooku bez zmian
obserwujemy przez lornetkę sarny
i siebie

spacer między kroplami wymyślonego deszczu

spacer między kroplami wymyślonego deszczu
Marek Górynowicz

grzechem jest nie widzieć anioła
wszystko jest
ponieważ nie ma nic

na pustej ulicy
deszczowe miasto
spływa w przestrzeni iluzji

w smugach zgaszonych okien
kolejne niebo
na skamieniałych skrzydłach
nagie ciało
sposobi się do lotu

by night

by night
Marek Górynowicz

to miasto zna wszystkie moje sny
wszystkie fazy księżyca
w pofałdowanych nocach
błąkam się po brukowanych cieniach gwiazd

na moście z ofiarowanych kłódek
odnalazłem zagubiony klucz
w drzwiach czekał na mnie Judasz

szukając cichego portu

szukając cichego portu
Marek Górynowicz

na brzegu dłoni
słońce
to na początek
tak niewiele potrzeba
świtanie i morski wiatr
potem
między ciałem a niebem
jest chmura pełna łez
i statek w muszli schowany
samotne kotwice
toną w głębinach

primavera

primavera
Marek Górynowicz

wybuchnęłaś wiosną
uśmiechem
po lewej stronie wiersza
musiało się wydarzyć
to niedzielne spotkanie

zagubiona jaskółka
co prawda
były dwie
nad krawędzią pustej kartki

zanim pojawiły się słowa
czekałem na końcu zdania
padał deszcz
a ty recytowałaś swoje niebo

pod koniec lutego

pod koniec lutego
Marek Górynowicz

odłamki śniegu
puszysty kot wciela się w dachowca
w oknach bezradna sobota
zmęczeni piątkiem
wylogowujemy się z przestrzeni
jeszcze jeden pocałunek
odprowadzę cię samotnie

przedział przybędzie za chwilę

przedział przybędzie za chwilę
Marek Górynowicz

w ofercie promo
jest bilet IC
i pusty peron na Centralnym

wszystko w swoim czasie
ruchome schody
ludzie z tabliczką
nie mam czasu
i głodny filozof
między gołębiami

time perfekt
z czerwoną torbą

spóźniony do Gdyni
wiruje na wyświetlaczu

mieszczę się w przedziale
między mną a spojrzeniem
brunetki
o wyrazistym kolorze słów

starówka

starówka
Marek Górynowicz

a ty bądź na chwilę
nikczemnie poetycki wiatr
rwie urywkami tego wiersza

na planie starego filmu
kilka zapomnianych słów
i melodia z katarynki

idziemy w drugą stronę
naprzeciwko siebie

świt

świt
Marek Górynowicz

w progu światło
to przeszedł dzień
w środku wiersza niezgaszona lampka
i kilka przebudzonych słów

za oknem powtarza się jedno i drugie
cień miasta przedziera się przez żaluzje
słońce drapie się w moje czoło

zimowy

zimowy
Marek Górynowicz

pierwszej nocy padał śnieg
zasypał ślady
kto pyta nie błądzi

za oknem lustro i biel
tak to wszystko
bez odpowiedzi

Puchły

Puchły
Marek Górynowicz

w płatkach ciszy
stare chaty przycupnęły w progu zimy
w oślepłych oknach zapomniane niebo
odmawia ostatni różaniec

mroźny wiatr kołacze do drzwi
śnieg zasypał ślady i nagrobki Atlantydy
przeczytałem ostatni wers zapisany nad kruchym pejzażem

zza nitki horyzontu dotkniętego sepią
turla się ostatni kłębek wspomnień

sylwek

sylwek
Marek Górynowicz

zima nie mogła zasnąć
ulotne płatki śniegu
tańczyły wokół szampana
mroźny wiatr poruszał każdą chwilą

tej nocy siedzieliśmy owinięci szalem
i tak nastał styczeń

* * *

* * *
Marek Górynowicz

Boże Narodzenie
stąpa po niebie pełnym gwiazd
ta jedyna przybędzie jutro

zanim pojawi się słowo
w nierozbudzonej ciszy nocy
przytulimy świat na nowo

nie pytaj o przestrzeń
w kruchym istnieniu
wystarczy wszystkim

zima

zima
Marek Górynowicz

za oknem kolejny Vivaldi
w papierowej bieli bądź las
sarny spłoszone niedomalowane
zlizują z pędzla szron

dziś marszczmy się mrozem
w palecie zimnych barw
dobierasz ciepłe słowa

na zaśnieżonej pięciolinii
rzeczywistość kłamie jak z nut

dolina cisów

dolina cisów
Marek Górynowicz

dziś byłem tu pierwszy raz
pierwszy raz spadł śnieg
zapachniało zimą

lubię kolorowe rękawiczki
zapach drzew i ten magiczny las
czasem sarny płoszą błogą ciszę

po drugiej stronie wiatru
kołysze się szare miasto
pusty autobus kończy bieg

w tłumie morsów
życie rozdaje karty
dama pik puszcza oczko

moje oczy mówią wierszem

wieś Dawidowicze

wieś Dawidowicze
Marek Górynowicz

w otwartych okiennicach
oddycha bursztynowa cisza
koty rude
tulą się wszędzie

dookoła usychają liście
marzenia zmieniają kolory
nieprawdziwy jest czas

błoto jest prawdziwe
jak trzy recytowane wiersze