Archiwum kategorii: Marek Górynowicz

Puchły

Puchły
Marek Górynowicz

w płatkach ciszy
stare chaty przycupnęły w progu zimy
w oślepłych oknach zapomniane niebo
odmawia ostatni różaniec

mroźny wiatr kołacze do drzwi
śnieg zasypał ślady i nagrobki Atlantydy
przeczytałem ostatni wers zapisany nad kruchym pejzażem

zza nitki horyzontu dotkniętego sepią
turla się ostatni kłębek wspomnień

sylwek

sylwek
Marek Górynowicz

zima nie mogła zasnąć
ulotne płatki śniegu
tańczyły wokół szampana
mroźny wiatr poruszał każdą chwilą

tej nocy siedzieliśmy owinięci szalem
i tak nastał styczeń

* * *

* * *
Marek Górynowicz

Boże Narodzenie
stąpa po niebie pełnym gwiazd
ta jedyna przybędzie jutro

zanim pojawi się słowo
w nierozbudzonej ciszy nocy
przytulimy świat na nowo

nie pytaj o przestrzeń
w kruchym istnieniu
wystarczy wszystkim

zima

zima
Marek Górynowicz

za oknem kolejny Vivaldi
w papierowej bieli bądź las
sarny spłoszone niedomalowane
zlizują z pędzla szron

dziś marszczmy się mrozem
w palecie zimnych barw
dobierasz ciepłe słowa

na zaśnieżonej pięciolinii
rzeczywistość kłamie jak z nut

dolina cisów

dolina cisów
Marek Górynowicz

dziś byłem tu pierwszy raz
pierwszy raz spadł śnieg
zapachniało zimą

lubię kolorowe rękawiczki
zapach drzew i ten magiczny las
czasem sarny płoszą błogą ciszę

po drugiej stronie wiatru
kołysze się szare miasto
pusty autobus kończy bieg

w tłumie morsów
życie rozdaje karty
dama pik puszcza oczko

moje oczy mówią wierszem

wieś Dawidowicze

wieś Dawidowicze
Marek Górynowicz

w otwartych okiennicach
oddycha bursztynowa cisza
koty rude
tulą się wszędzie

dookoła usychają liście
marzenia zmieniają kolory
nieprawdziwy jest czas

błoto jest prawdziwe
jak trzy recytowane wiersze

półcień

półcień
Marek Górynowicz

miasto pędzi w neonach
w nikczemnych strofach
gaśnie chłodny dzień
nie zdążę wszystkiego zapisać
kolory słów huśtają się na wietrze

dalej są schody i kilka fragmentów
codziennej prozy
już śpią ci których kocham

* * *

* * *
Marek Górynowicz

może mnie skuszą Robin Hooda
ścieżki
pod liściem mokrego dębu
retrospekcja zwiewnego kaptura
i wers w napiętej cięciwie

w nieistniejącym czasie
mała chwila
na słowo ugodzone słowem

w nawias wplątana ciemność
i myśli zranione
strzałą zbłąkaną
kolejnego wiersza

rozmowa

rozmowa
Marek Górynowicz

w pogubionych godzinach
kilka nagich westchnień
nie wstydź się

usiądź przy moim ramieniu
dotykaj słów
które przegania wiatr

są takie wiersze
codzienne
które jeszcze nie powstały
z kolan wyobraźni

wiersz podróżny

wiersz podróżny
Marek Górynowicz

patrzę jak idą gęsiego
w mętnej jesieni
wszyscy mamy podobny zarys ciał
różni nas tylko kąt nachylenia do telefonu
i poziom jasności
wyświetlacza

w sercu miasteczka
między Carrefour Express
a Żabką
jest cerkiew niebieska
i kościół św. Anny
dalej błąkają się łby
szarych uliczek

za rogiem
tli się połóweczka
księżyca

na pustym dworcu
hand luggage obcego pochodzenia
i naderwany rozkład jazdy

zbliżam się do krawędzi peronu
opóźnienie może ulec zmianie

spacer

spacer
Marek Górynowicz

dziś zakładam szalik i wychodzę
ten sam szalik od lat wielu

chmury pełzają w cieniu miasta
zakrywają słońce
zakrywają twarz

wszystkie kolory nieba
ujadają na mojej smyczy
oswajam się z ludzkim szczekaniem

po śladach słów
wracam do moich drzwi

poza horyzontem

poza horyzontem
Marek Górynowicz

wolność to smak
na twojej plaży budzisz mnie
jak rozbitka
kaznodzieja zwija żagiel
słowa wyłaniają się z fal

na drugim brzegu
nie słucha się poezji
wiatr przedziera się
przez niedokończony spis treści

na pustych kartkach
malujesz introwertyczne chmury
pędzel trzepocze płetwą
ego rozmazuje się na niebie

dwa ciała oddychają
poruszamy się we wspólnym wnętrzu
podróż czasem jest przypadkowa

owinięci w późne popołudnie

owinięci w późne popołudnie
Marek Górynowicz

zbiegasz po wersach
mojego wiersza
mokre liście
wirują wokół słów

na polanie
złotej i jesiennej
dwa mozaikowe żubry Leona

wiatr przegania październik
we wszystkie strony
od tej pory
i zmarszczki wszystkie
są nasze

* * *

* * *
Marek Górynowicz

utrwaliłem się na tym zdjęciu
za oknem wiatr
ulice machają ogonem

nie mogę zasnąć
żarówki mruczą
koty świecą oczami

październik

październik
Marek Górynowicz

tak swobodnie
obracamy się między słowami
za kropką zagubiony włos
znamy się jak łyse konie

w odcieniu porannej herbaty
świat jaśnieje w cytrynowym słońcu
to ma smak

ciała nasze i myśli nasze
wyjęte z fejsbuka
przemierzają bursztynowy dywan
z liści

w załączniku
jesień w niedomytym oknie

jesień

jesień
Marek Górynowicz

skoro jesteś
to podaj mi rękę

przytulamy się w słowach
pod wiatr

chłodny wieczór
gaśnie
na skrzydłach motyla

przebudzenie

przebudzenie
Marek Górynowicz

na podłodze namalowanej dzień wcześniej
rozsypane i niedokończone sny
w ciemności brakuje kilku odcieni
i kawałka ściany po której spływa księżyc

za oknem spóźnione pociągi
mkną po zaspanych szynach
chciałoby się ruszyć
skoro się już pojawiło miejsce na peronie

w ustach mentolowy powiew
i pierwszy papieros
budzik łuszczy orzechy

pokój

pokój
Marek Górynowicz

wokół księżyca
bez zmian

kręcimy się na nowo
nasze spojrzenia
błądzą w butelce ultramaryny

za oknem wędruje cień kota
milczę głaskany twoim mruczeniem

* * *

* * *
Marek Górynowicz

wieczór jest estetyczny
dobrany i ukwiecony
wiatr z domieszką sierpniowej jesieni
kołysze brzegiem Narwi

letni czas zawekowany
powoli zakiszony ogórkowy sezon
zmierzch łasi się do lampy
kilka obłoków domalujesz jutro

w gąszczu drzew gasną cerkiewne krzyże
żółknie posiwiałe niebo
otwieram okno mruczy deszcz
tańczą na parapecie senne krople

poranek w Kleosinie

poranek w Kleosinie
Marek Górynowicz

błękit nieba ułożony między chmurami
słońce dociekliwie mnoży swoje promienie
nie dokucza nam wiatr

ciepłe słowa o poranku jak kawa
przytulona w filiżance
z naderwanym uchem

słuchamy w ciszy namalowanych drzew
te kolory lata temu wydawały się żywsze
na białym płótnie kołdry
wybudzone okna marszczą się cieniem

w naszych dłoniach kartki z pamiętnika
i żadnej metafizyki pod poduszką
koty owinięte w swoje mruczanki
łaszą się do naszych snów