Archiwum kategorii: Marek Górynowicz

w ramkach Kleosina

w ramkach Kleosina
Marek Góynowicz

a o kwiatach to możemy pomalować
otoczeni igłami lasu
oddychamy ciszą

to tu usycha lipcowy deszcz
nie ma krawężników i ulicznych bram
nawet nie widać naszych zmarszczek

malujesz dłońmi cień
miniaturkę chwili czuły uśmiech

uzależnieni od marzeń i kolorów dnia
przenieśmy niebo w naszą stronę
obłoki wędrujące ptaki
i ten lecący w oddali samolot

czas niestety wracać
ponagla nas niedziela
czarny pies
i kończy się ostatni papieros

Suszcza

Suszcza
Marek Górynowicz

kiedy układasz poranek
między mną a tobą
przytula się ciepła kawa
ucho do ucha
z uśmiechem filiżanki

w puzzlach horyzontu
brakuje kilku wierzb
brzegu Narwi
i skrawka starej studni

słońce otwiera zaspane okna
w pikselowych kolorach
żubry Leona
przysiadły na parapecie

odmienne stany przebudzenia

odmienne stany przebudzenia
Marek Górnowicz

urodziłem się kolejny raz
zapewne oczyszczony
ze zbytecznych grzechów
i marzeń

nie potrafię trafić do siebie
ani w zaułki mętnej pamięci
zapisanej na kamiennym dysku

dokuczają mi pewne słowa
ale to ja ich nie rozumiem

podnoszę ciężar życia ponad miarę
obecnie
mieszczę się w strefie medalowej
dla obłąkanych

wystawa

wystawa
Marek Górnowicz

obrazy
nie potrafią milczeć
rozkołysały morze

potem były schody
rytmicznie w dół
stand up szatniarki

ubrałem się w marzenia
reszta wydała się zbędna
aż ciasna od słów

za drzwiami
martwa cisza
nóż piękny jak kobieta
tnie wzrokiem

rezerwat Cieliczanka

rezerwat Cieliczanka
Marek Górynowicz

wiatr przetrąca pejzaże
w wybudzonej przestrzeni
kilka zazielenionych wersów
i łąki popielate

w zakątkach dzieciństwa
nie ma wschodów i zachodów
w plenerowej fotografii
powracam w przyciasne ubranka
wspomnień

Formentera

Formentera
Marek Górynowicz

Baleary ogrodzone morzem
na każdej plaży
błękit dnia i ten nastrój

zapalę Ci świece

wędrowni turyści
potykają się opiach
samotni rzucają się
w ramiona tęsknoty

gdzieś daleko żagle
pomachują cieniem
gasząc suche letnie dni

i wtedy zapalam świece
znaczy że jestem
i nie odchodzę

przymorze

przymorze
Marek Górynowicz

usiadłaś między mną a cieniem
niczyim
zapatrzonym w niebo

kształt morza jeszcze śpi
w podekscytowanej przestrzeni
obracasz słońce w obiektywie

biorę głęboki oddech
berek na plaży to nic nadzwyczajnego
ganiamy się za każdym słowem

powiedzmy
że to próba wiersza

Dali

Dali
Marek Górynowicz

po zakończonej kolacji
domalowałem usta
na czerwonej sofie
spał kot

w zegarach
przebudził się wieczór
żyrafy przeżuły camembert
na słodko

za horyzontem
ulewało się morze
słońce zlizywało
Chupa Chups

późna godzina

późna godzina
Marek Górynowicz

wszystko jest snem
nawet ta okrutna rzeczywistość
noc to stan duszy
uwikłany w kołdrę i zlęknione myśli

po co wstawać z łózka
wszyscy gdzieś wyszli
dziś w lustrze nie ma nikogo

w drzwiach samotny judasz
za oknem kocia kołysanka
deszcz i zmęczone miasto

księżyc gramoli się po przeciwnej stronie

owoce

owoce
Marek Górynowicz

w porywach wiatr zmienia kolory
zieleń błądzi w słowach

kiedy patrzysz mi w oczy
zawężam się wokół drzewa
chwila grzechu
Warta

nad rzeką zagubiona Ewa
maluje jabłko
będziemy zrywać i przytulać się do siebie

wierszyk o poranku

wierszyk o poranku
Marek Górynowicz

w snach pogasły wszystkie światła
budzą się Żabki i Biedronki
pierwszy tramwaj w kolorze słońce
oddala się od nocnej pętli

między kałużami wstaje miasto
szklane wieżowce i kamienice
w newsach mówią coś o Donaldzie
i o wspaniałej tenisistce

wawa

wawa
Marek Górynowicz

taki ranek zagląda tu czasem
dźwięk czajnik płoszy noc
za oknem Wisła pluska się herbacianej ciszy
pierwszy tramwaj mija most

ubrani w ciała mrugamy pędzlem
po niebie puchatych chmur
nad Pragą wschodzi czerwcowe słońce
budzi się miasto ze snu

Roma

Roma
Marek Górynowicz

Na kamiennych schodach
czarny kot
oparty wąsem
o Koloseum
rozłożone niczym dziurawa
muszla pod rzymskim niebem
skropione rdzą czasu
uśpione.
Zmarszczki murów
leniwie tworzą
obraz przemijania
odbity
w kocim spojrzeniu
jak w bezmiarze wieczności

primavera

primavera
Marek Górynowicz

wybuchnęłaś wiosną
uśmiechem
po lewej stronie wiersza
musiało się wydarzyć
to niedzielne spotkanie

zagubiona jaskółka
co prawda
były dwie
nad krawędzią pustej kartki

zanim pojawiły się słowa
czekałem na końcu zdania
padał deszcz
a ty recytowałaś swoje niebo

agonia leśnej iluzji

agonia leśnej iluzji
Marek Górynowicz

z gałęzi snu zrzucił nas poranny wiatr
w obłokach niedospanej nocy
wierciły się nasze myśli
owady wędrowały przez las

potem spadł purpurowy deszcz
zmył ostatnie słowo z suchego języka
i zielone metafory
świerszcz grał jeszcze przez chwilę

mgła

mgła
Marek Górynowicz

zerkamy w gwiazdy
potem logujemy się w mętnej ciszy
las ma kolor nocy
taki nijaki
ostatnia przyczajona butelka czeka
na polanie

na Facebooku bez zmian
obserwujemy przez lornetkę sarny
i siebie

spacer między kroplami wymyślonego deszczu

spacer między kroplami wymyślonego deszczu
Marek Górynowicz

grzechem jest nie widzieć anioła
wszystko jest
ponieważ nie ma nic

na pustej ulicy
deszczowe miasto
spływa w przestrzeni iluzji

w smugach zgaszonych okien
kolejne niebo
na skamieniałych skrzydłach
nagie ciało
sposobi się do lotu

by night

by night
Marek Górynowicz

to miasto zna wszystkie moje sny
wszystkie fazy księżyca
w pofałdowanych nocach
błąkam się po brukowanych cieniach gwiazd

na moście z ofiarowanych kłódek
odnalazłem zagubiony klucz
w drzwiach czekał na mnie Judasz

szukając cichego portu

szukając cichego portu
Marek Górynowicz

na brzegu dłoni
słońce
to na początek
tak niewiele potrzeba
świtanie i morski wiatr
potem
między ciałem a niebem
jest chmura pełna łez
i statek w muszli schowany
samotne kotwice
toną w głębinach